nieustannie goniąc sny – 2016 w muzyce (vol. 1 – bezszały)

BRIT Awards rozdane, nominacje do Fryderyków ogłoszone, „Gazeta Magnetofonowa” z podsumowaniem roku już jest wysyłana do prenumeratorów. To znak, że i na księdzowe podsumowanie już najwyższy czas!

Zaczynamy, podobnie jak rok temu od Bezszałów. Czyli od takich muzycznych momentów, które albo zawiodły pokładane w nich nadzieje, albo nie do końca owe nadzieje spełniły. Od tych dźwięków, w których niby się wszystko zgadza, ale jednak szału nie ma. Skoro jednak dziś pierwszy dzień wiosny (yeah!), to pewna cierpkość Bezszałów będzie rozcieńczona najsłoneczniejszymi ich fragmentami.

Bezszały

Birdy – Keeping your head up

Czekałem na nowe nagrania Birdy, zwłaszcza że jej debiutancki album był świetny i wpadł mi w serce, a i druga płyta (Fire within) bardzo mi się podobała. Dużo tam było smutów i melancholii, ale bardzo szczerze zaśpiewanych – może nieraz zbyt naiwnie, ale właśnie szczerze, prawdziwie. Keeping your head up zwiastowało trzeci album Birdy. Przyznam, że potrzebowałem kilku podejść, żeby ten singiel w całości przesłuchać. Bez szału zupełnie, bardzo zwyczajnie. Szkoda, wydaje się, że to zmarnowany potencjał młodej wokalistki. Singiel zraził mnie na tyle mocno, że nawet nie sięgnąłem po resztę albumu Beautiful lies – jeśli coś straciłem, dajcie znać. Zostawiam jednak tę piosenkę do odsłuchu – bądź co bądź wyprodukowaną dość sprawnie.

Mietek Szcześniak – Nierówni

To trochę trudna do wyjaśnienia „nominacja”, ale już się tłumaczę. Lubię Mietka (choć Nierówni są jego pierwszą płytą w moich zbiorach), jest bardzo zdolny, a wiersze ks. Twardowskiego to dla mnie ważna przestrzeń życiowa. Pojedyncze piosenki się bronią, choć niektóre dla mnie nie-brzmią – tekst rozmija się z muzyką, niektóre wersy są przycięte. W wypadku takich płyt słowo powinno być wartością nadrzędną, a tu się trochę gubi. Gdy słucha się całego albumu, to jest i słonecznie, i ładnie, i pozornie dobrze, ale jednak czegoś brakuje. Płyta niezła, ale szału nie ma – zwłaszcza, gdy zestawia się ją z innym zeszłorocznym albumem z tekstami ks. Jana (w następnych wpisach się pojawi). Mimo to lubię wracać do tych dźwięków, trochę podobnie jak do Kalejdoskopu Piasecznego (zeszłoroczny wpis o Bezszałach). Zostawiam teledysk do Jest jeden świat – na początek wiosny w sam raz.

Pamiętajmy o Osieckiej – Kolekcja Okularników

To taki Bezszał przyznawany z bólem serca. Jesienią w empiku pojawiła się kolekcja gadżetów z cytatami z piosenek Agnieszki Osieckiej. W tym samym czasie wydana została płyta Kolekcja Okularników, która najwyraźniej miała być muzycznym dodatkiem do wspomnianych gadżetów (podobna oprawa graficzna). To kolejna składanka z piosenkami Osieckiej wydana w ostatnich latach, kolejna ułożona bez większego pomysłu. Owszem, znalazły się perełki, jak chociażby Cyrk nocą w wykonaniu Januszkiewicza czy Wielka woda Moniki Dryl, ale połowa płyty to piosenek dostępnych na innych płytach, w tym składankach (wydanych w ostatnich latach) – niektóre (jak np. Bossa nova do poduszki w wykonaniu Klementyny Umer) można znaleźć przynajmniej na dwóch innych płytach, a inne (jak np. Dziękuję za list Grzegorza Turnaua) są przywoływane kolejny raz, choć zupełnie nie wbijają w fotel. Znów, podobnie jak przy płycie Szcześniaka – zakup dobry, ale szału nie ma. Jednak bezszałowość Kolekcji Okularników ma jeszcze drugi wymiar – zaledwie dwa miesiące (!) po premierze wersji jednopłytowej pojawiła się wersja dwupłytowa – z dużą ilością nowego materiału; będę o niej pisał w kolejnym wpisie. Gdyby minął rok – jakoś bym to zrozumiał. Ale dwa miesiące – to dość irytujące. Dlaczego nie zdecydowano się po prostu na wydanie drugiej płyty osobno – nie wiem. Piosenki Osieckiej bronią się same – dlatego Bezszał jest skierowany w stronę formy, a nie treści. Tak czy inaczej, cieszę się z tych płyt – także dlatego, że wreszcie można posłuchać na CD Kuby Blokesza z przynajmniej jedną Osiecką piosenką!

Pomysł na wydanie Błysku Hey’a

Ktoś może mi zarzucić, że się czepiam – ale trudno. O samym Błysku będę pisał w kolejnych wpisach. Album, zwłaszcza w wersji deluxe, wydano ładnie, co przy zespole Hey nie dziwi. Zespół jednak zdecydował się wydać każdą z czterech kolorystycznych wersji z innym układem piosenek – zupełnie tego nie rozumiem i rodzi to we mnie pewien bunt. Mimo, że często słucham pojedynczych utworów z płyt albo że układam je we własne playlisty, to lubię myśleć o konkretnym albumie jako o pewnej całości – lubię słuchać płyt od początku do końca. Gdyby się pojawiło jakieś uzasadnienie na te cztery inne porządki (np. wersja pomarańczowa to układ Nosowskiej, wersja zielona to układ jednego z chłopaków itp.), to może nabrałoby to dla mnie jakiegoś sensu (może takie uzasadnienie jest, a ja do niego nie dotarłem?). Póki co drobny Bezszał i buntownicze (skądinąd świetne) Historie.

To, plus minus, tyle – jeśli chodzi o Bezszały. Czas na wyróżnienia już niebawem!

 

PODOBNE

Skomentuj