Pan Bóg w dzwoneczkach popkultury [reedycja]

Może niejedna osoba czytając ten tekst będzie się pukać w głowę albo uśmiechać z niedowierzaniem – ksiądz? takie rzeczy? A jednak. Bo gdy idę do szkoły – widzę pokolenie z słuchawkami na uszach. Gdy bywam w większych miastach – widzę ludzi w dowolnym wieku z słuchawkami na uszach. I jakoś ich wszystkich rozumiem, bo sam jestem jednym z nich. Słuchawki są w moim magazynie podręcznym, bo trudno wyobrazić mi sobie życie bez muzyki. Dla wielu moich uczniów muzyka jest jak bariera, która ma oddzielać ich od świata dorosłych, problemów i szkoły. Dla mnie to przestrzeń spotykania Pana Boga. Bo Pana Boga naprawdę można spotkać w popkulturze. Słyszałem Go w muzyce jako licealista, słyszałem jako student i seminarzysta, słyszę Go jako ksiądz.

Adwent w przestrzeni radiowo-telewizyjnej mija niemal niezauważony. Ale jednak obok kolęd, brzmi w głośnikach kilkanaście hitów okołoświątecznych – zazwyczaj jest to stały zestaw piosenek o miłości ubranych w choinkowe lampki i przyprószonych śniegiem. Lubię do tych numerów wracać, bo niektóre są naprawdę jak modlitwa. Tym piękniejsza, bo jakby ocalona „wśród dzwoneczków zwykłych spraw”.

Niekwestionowanym numerem jeden okołoświątecznych hitów jest „Last Christmas” zespołu Wham. Na bok odkładam wszelkie towarzyskie zainteresowania wokalisty, zależy mi na samym tekście. Już refren pokazuje najprostszą drogę „jak w tym roku nie zmarnować Świąt” – w minionym roku podmiot liryczny został fatalnie porzucony, dlatego w tym roku zamierza oddać swoje serce „komuś wyjątkowemu”, żeby uchronić się przed kolejnymi zranieniami. Komu miałbym oddawać moje serce w każde Boże Narodzenie, jeśli nie Panu Jezusowi? On jest „kimś wyjątkowym”, kto nigdy mnie nie zrani. Zwrotki ten obraz umacniają – mamy zawiedzionego mężczyznę, który dał się oszukać (i sam przypuszcza, że pewnie dałby się oszukać ponownie), kierując uczucie pod zły adres. Zranienie krwawiło w nim przez jakiś czas, ale dziś postanawia zainwestować lepiej – a czy można lepiej zainwestować, niż w relację z Chrystusem? Mały manifest nawróconego, jak nic.

Fantastyczną piosenką-modlitwą może stać się inny z wielkich świątecznych hitów, czyli „All I want for Christmas is you” Marii Carey, coverowany niezliczoną ilość razy. „W te Święta nie chcę zbyt wiele, potrzebuję tylko jednego. Nie dbam o prezenty pod choinką (…), święty Mikołaj nie ucieszy mnie żadną zabawką (…). Chcę Ciebie dla mnie, mocniej niż możesz sobie wyobrazić, spełnij moje życzenie. Wszystko, czego chcę na Święta to Ty” – już pierwsza zwrotka mocno zarysowuje podstawową prawdę, że bez Pana Jezusa Święta nie mają sensu. To Jego najmocniej pragnie moje serce i nic – ani prezenty, ani śnieg i świąteczna atmosfera (kolejne zwrotki) – nie będzie w stanie mi Jego zastąpić. W tych Adwentowych dniach lubię (zwłaszcza w codziennym wikariuszowskim biegu) z tego „all I want for Christmas is You” robić mały akt strzelisty. Zawsze się wtedy uśmiecham.

Obok świątecznych piosenek mam jeszcze jedną nie-świąteczną, która jest popkulturowym klasykiem, a dla mnie jednocześnie jest ukochanym kawałkiem na Adwent. Dlatego dorzucam ją jako dodatkowy prezent. To „My heart will go on” Celine Dion z „Titanica”. Moi uczniowie uśmiechali się z dużym dystansem, gdy im o tym opowiadałem, ale to naprawdę bardzo adwentowa piosenka. Opowiada o tęsknocie za Tym, kogo kocha się najmocniej. Pierwsza zwrotka to streszczenie Adwentu: „z daleka, poprzez odległości i przestrzenie pomiędzy nami przychodzisz, by zapewnić mnie, że jesteś”. Następnie słychać niejako echo wołania z Apokalipsy „Oto stoję drzwi i kołaczę”, bo w piosence jest pewność: „z daleka, z bliska, gdziekolwiek jesteś, przychodzisz (…), raz jeszcze otwierasz drzwi i jesteś tu, w moim sercu”. I tak przecież toczy się Adwent (też ten życiowy), takim właśnie napięciem tęsknoty. Kulminacyjny moment piosenki opowiada o upragnionym spotkaniu, które przynosi prawdziwy pokój serca – „Jesteś tu – niczego się nie boję i wiem, że moje serce będzie żyć”. Można się ze mnie śmiać, ale dla mnie ta piosenka to dobry materiał na modlitwę, Adwentu bez niej sobie nie wyobrażam.

Tych kilka spostrzeżeń to nie rozmyślania teoretyka, ale garść wrażeń prosto z serca, sprawdzonych nie raz, nie dwa w przestrzeni codziennej modlitwy. Modlitwa przecież powinna przenikać całe nasze życie – a wtedy nawet popkultura może stać się przestrzenią zbliżającą do Pana Boga. Nie tylko w Święta.

 

[z okazji schyłkowo-styczniowego śniegu pozwalam sobie wrzucić artykuł, który napisałem do grudniowego numeru szczecińskiego miesięcznika „Prosto z mostu”.]

PODOBNE

komentarze 2

Skomentuj