żar ognia

Najpierw ledwie się tli, ale już za chwilę wybucha płomień – ogromny i piękny. Ogrzewa, parzy, daje wiele światła. Ale co jeśli wiatr zawieje za mocno? Co jeśli zamiast płomienia – tylko żar?

Od kilku dni bardzo cieszyłem się na dziś – bo dziś po raz pierwszy już nie wspomnienie, ale święto św. Marii Magdaleny. Nie miałem nigdy jakiegoś bardzo szczególnego nabożeństwa do niej, ale zawsze darzyłem ją dużą czcią, szacunkiem i pewnym sentymentem. Dużo o św. Marii Magdalenie się mówi, często łączy się ją z nierządnicą, która obmywała nogi Panu Jezusowi, czasem też z Marią z Betanii. Pismo św. podaje, że Pan Jezus wyrzucił z niej siedem złych duchów i że obecna była przy Jezusowej Męce. I że to ona stała się Apostołką Zmartwychwstania.

Cieszyłem się na to święto, bo w tym Jubileuszowym Roku Miłosierdzia brzmi ono tak mocno – Miłosierdzie Pana jest niezwykłe: nie tylko uwalnia Marię Magdalenę od złych duchów, ale jej właśnie daje posłannictwo ogłoszenia Zmartwychwstania. Jaka to wielka nadzieja! Bóg nie tylko w Miłosierdziu grzech mi zmazuje, ale jeszcze daje mi piękne misje do wypełniania! Niemniej nie ta rzeczywistość dziś mnie dotknęła najmocniej.

Słuchałem Słowa na dziś i wpatrywałem się w św. Marię Magdalenę czuwającą przy pustym grobie. Pobiegła po uczniów, oni obejrzeli, uwierzyli (piękne jest to Janowe „ujrzał i uwierzył”!), wrócili do siebie. Jej serce jednak wciąż niespokojne, wciąż tęskniące, wciąż wypatrujące. Kościół w ramach propozycji na pierwsze czytanie na dziś dał fragment Pieśni nad Pieśniami (lub Słowo z 2Kor; ja wybrałem na Mszę św. Pnp): „Połóż mię jak pieczęć na twoim sercu, jak pieczęć na twoim ramieniu, bo jak śmierć potężna jest miłość, a zazdrość jej nieprzejednana jak Szeol, żar jej to żar ognia, płomień Pański. Wody wielkie nie zdołają ugasić miłości, nie zatopią jej rzeki. Jeśliby kto oddał za miłość całe bogactwo swego domu, pogardzą nim tylko” (Pnp 8,6-7). Przez ten pryzmat patrzyłem dziś na św. Marię Magdalenę przy pustym grobie. Jak wiele razy przyprowadzam innych do Pana, do Jego Miłosierdzia, do Jego Słowa – i widzę jak zaczynają wierzyć, jak płomień miłości wystrzela w nich ku niebu. I dziękuję Panu Bogu, a jednocześnie tak często zauważam, że we mnie ten płomień jakby przygaśnięty, czasem ledwie się żarzy. Wiem, że mój Bóg JEST, kocham Go – ale płomienia nie czuję, nie widzę.

Przypomniały mi się rekolekcje seminaryjne z początków mojego trzeciego roku formacji, głosił je o. Wojciech Jędrzejewski OP – „o miłości żarliwej”. Dziś uderzyło mnie z nową mocą to, czego wtedy się nauczyłem – do miłości nie trzeba płomieni, sam żar to już miłość, jest w nim potencjalność płomienia. Ale to nie ja daję płomieniowi rozbłysnąć – może to zrobić jedynie Ten, który zna mnie po imieniu (to zresztą też piękny obraz z dzisiejszego Słowa). Dla mnie dziś św. Maria Magdalena stała się nie tylko świętą obdarzoną Miłosierdziem, ale jest już odkryta jako święta od żaru. A co za tym idzie – jako święta od czekania. Serce rozpozna Tego, którego kocha; On sam żar ognia roznieci. Czasem trzeba przy pustym grobie po-trwać chwilę dłużej, by na ten nowy wybuch Mu pozwolić.

PODOBNE

Skomentuj