niby nic, a jednak – 2015 w muzyce (vol. 4 – top 10)

To już dziś! Nie tylko kolejne Fryderyki, ale i zasadnicza część podsumowania roku 2015 w muzyce według Ksiedza.pl. Wstępy i powody można znaleźć tu, a teraz nie przedłużam, tylko prezentuję bardzo subiektywny ranking top 10. Choć nie ukrywam – poukładać miejsca od 4 do 10 było dość trudno – przestrzeń „międzymiejscowa” jest niewielka i symboliczna. Zbiorek tych wszystkich płyt w top 10 to naprawdę dobra grupa.

  1. Splot – Leski

Bardzo czekałem na ten album. Leski zauroczył mnie (i nie tylko) Zaczynem EP (zeszłoroczny Debiut Roku na Księdza.pl) i rozbudził apetyt. Kosmonauta, który zwiastował pierwszy długogrający album Leskiego, brzmiał przyjemnie i ów apetyt podtrzymywał. Z pełną wiosną 2015 r. pojawił się Splot. Album otwiera świetna Autofobia, później piosenki pół-leniwie płyną z głośników, jest tam dużo słońca i niewiele banału. Jednak Splot zostawia pewien niedosyt, najlepiej wypadają dwie piosenki znane z epki – Lepiej wcale  Było. Pamiętam, że jeden z recenzentów uznał, że płyta jest „za ładna”, że brakuje tam jakiegoś brudu, pazura. Może to o to chodzi? Niemniej jest Splot jedną z lepszych płyt, jakie pojawiły się w minionym roku – i zachęca do tego, by na Leskiego czekać, by wciąż mu kibicować. Do posłuchania zostawiam Kosmonautę, to dobry początek top 10.

  1. Box of feathersAbandoned stories EP – Fismoll

Na dziewiątym miejscu podobnie jak na dziesiątym – ładnie i z odrobiną niedosytu. Fismoll wpadł do mojego życia raczej na stałe, tego jestem niemal pewien. Do debiutanckiego albumu wracam bardzo często i na drugi krążek czekałem z odrobiną niecierpliwości. Eager boy, który singlowo zapowiadał drugą płytę artysty, był jedną z najchętniej słuchanych przeze mnie piosenek w minionym roku. Cały album jest prawdziwie pudełeczkiem piór – ulotnych piosenek, chyba trochę „cięższych” i „brudniejszych” niż numery z debiutu. Jest smutnawo, sentymentalnie, fismollowo – i bardzo to cieszy. Nawet jeśli te piosenki nie zostają aż tak głęboko w sercu, jak wcześniejsze, to jednak Fismoll trzyma poziom. Jest bardzo dobry Soldier, przejmujące Tales i piękny finał Matricaria. Pod koniec roku, Fismoll przygotował dla fanów prezent – epkę z kilkoma piosenkami, które „nie zmieściły się” na dwóch pełnych płytach. I nie da się ukryć, że epka wypada trochę lepiej niż całe Box of feathers. Dlatego lubię o tych wydawnictwach myśleć całościowo – wtedy jest już bardzo ładnie. Na Abandoned stories jednym z prezentów jest Fismoll śpiewający po polsku – niech zostanie na trochę dłużej.

  1. Duety. Tak młodo jak teraz – Magda Umer

Od kiedy kocham Magdę Umer? Od dawna i co rok coraz mocniej. Gdy tylko pojawia się zapowiedź jakiegoś nowego wydawnictwa z jej udziałem, przestępuję z nogi na nogę i odliczam dni. Duety zapowiedziane były już przy okazji poprzedniego studyjnego albumu – i nie ukrywam, odrobinę się obawiałem (choć wszystkie dotychczasowe duety Magdy Umer lubię), bardzo byłem ciekaw i (najbardziej) byłem zazdrosny. Bo chciałem jak najwięcej Magdy Umer, ot taka przypadłość fana. Pierwsze „bezpośrednie” zapowiedzi nowej płyty mnie zachwyciły. Ładne wykonanie Czas rozpalić piec z Januszem Stroblem i świetne, odrobinę żartobliwe Pa! Role wykonane z Januszem Gajosem. Cały album zaaranżowany, zagrany i nagrany jest na bardzo wysokim poziomie, Magda Umer jest szczera i urocza jak zawsze, a jej goście dodają piosenkom wdzięku. Do tego trzeba jeszcze dodać skrupulatnie przygotowaną książeczkę z opisami piosenek i gości. Większość wyborów duetowych nie zaskakuje – można było spodziewać się Turnaua, Soyki czy Andrusa (co nie zmienia faktu, że ich wspólne piosenki brzmią cudnie), ogromnie ucieszył mnie duet z Anną Marią Jopek (ach te Dwa serduszka, cztery oczy!). Jedną z najlepszych piosenek na płycie jest duet najbardziej zaskakujący – z Wojciechem Waglewskim. Pora by się rozstać zapada w pamięć na długo i sama się nuci pod nosem. Pewien niedosyt może wynikać z faktu, że wśród piętnastu piosenek nagranych na płycie, jest tylko jedna premiera – ale za to jaka! Magda Umer do słów Magdy Czapińskiej śpiewa duet z… Czasem! Czas na obłoki i las to piękna piosenka, w której pobrzmiewa zegar wieżowy z Zamku Królewskiego w Warszawie. Piosenka zaczyna się od słów: „Już nie muszę nic, mogę tylko być”. Słucha się tej płyty i jasne jest, że Magda Umer nie musi już nic – i jednocześnie chce się jej dziękować, że jednak nie chce „tylko być”, ale wciąż śpiewać!

  1. Hey w Filharmonii. Szczecin Unplugged – Hey

To zdecydowanie Najbardziej Szczecińska Płyta Roku. Jeszcze przed premierą była moim faworytem do tytułu Album Roku i faktycznie wśród tych najlepszych płyt mogę ją śmiało postawić. Filharmonia Szczecińska jest miejscem niezwykłym – kto był, ten wie. Zespół Hey jest zespołem niezwykłym – kto słyszał, ten wie. Wydany w 2007 r. album Hey MTV Unplugged to świetna pozycja koncertowa i zdecydowanie jedna z najlepszych płyt live nagranych w naszym kraju. Oczekiwania wobec Szczecin Unplugged miałem wielkie – i choć może album nie do końca je spełnił, to wciąż to świetna pozycja. Nie do końca umiem nazwać, co jest największą wadą albumu – ale plasowałbym ją gdzieś pomiędzy wyczuwalnym brakiem napięcia koncertowego (może to kwestia masteringu? Jest jakby „za ładnie”) a głosem Nosowskiej, który trochę ginie pośród instrumentów. Zalet za to jest dość sporo – przede wszystkim przepiękne aranżacje i niezawodni filharmonicy szczecińscy; do tego oczywiście sam Hey z Kasią Nosowską (i jej monologami) na czele. Niektóre numery, szczególnie Wilk vs. kot, Lot pszczoły nad tymiankiemr.e.r.e., nabierają w szczecińsko-filharmonicznych wersjach niezwykłej głębi, która im się  „należała”. Bardzo szkoda, że nie zrealizowano do tego albumu koncertowego DVD! Może kiedyś? Swoją drogą, warto mieć też nadzieję, że inne koncerty rockowo-alternatywne z udziałem filharmoników doczekają się nagrań. Byłoby pięknie! Tymczasem Hey z Filharmonii zaostrza apetyt na kolejny studyjny album grupy, który ponoć już w tym roku! Chiński urzędnik państwowy z Filharmonią Szczecińską w tle niech to oczekiwanie ubarwia!

  1. Dzieciom – Lao Che

Szpara w parkiecie, jak z Balu u Pana Boga Kaczmarskiego, półpijane instrumenty i rewelacyjny tekst Spiętego. Tak zapowiadane było Dzieciom – singlowe Tu wpada w ucho bardzo szybko, a swoista „spięta” zabawa słowami i motywami budzi radość. Nawet jeśli nie do końca utożsamiam się światopoglądowo z chłopakami z Lao Che, to nie mogę odmówić im, że są po prostu świetni. Tu skutecznie zachęciło mnie do nabycia całego albumu – jaka to jest dobra płyta! Fenomenalna Wojenka, która może być próbą ucieczki od wizerunku powstańczych chłopców (ale nie od samego albumu) czy bardzo dobra Bajka o misiu (Tom pierwszy) z nawiązaniem do klasyki literatury polskiej to tylko przykłady, które potwierdzają, że Lao Che jest w dobrej formie. Dużo na Dzieciom można znaleźć spojrzeń wstecz, do wcześniejszych płyt. Ale nie ma tu zbędnych powtórzeń. Dzieciom w sposób pozornie prosty (nawiązanie do wyliczanek i dziecięcych motywów) opowiada o najważniejszych sprawach – rodzicielstwie, śmierci i Panu Bogu (A chciałem o sobie w sposób bardzo osobisty podsumowuje zmagania podmiotu lirycznego z tym tematem). Za każdym razem, gdy wracam do tych piosenek, to mam nieodparte wrażenie, że to płyta bardzo potrzebna. Szczerze polecam, bo to nie tylko kawał dobrej muzyki. To dużo mądrej treści, która musi trochę popracować w sercu.

  1. 25 – Adele

Ze zdumieniem zauważam, że to jedyna zagraniczna pozycja w tegorocznym podsumowaniu! Adele szczególnie kibicuję, bo jesteśmy rówieśnikami. Czekałem, razem z dużą częścią świata, na trzeci studyjny album Adeli, słuchając kilka razy w miesiącu jest wcześniejszych nagrań (szczególnie fenomenalnego koncertu z Royal Albert Hall). Gdy jesienią minionego roku pojawiły się zapowiedzi, sugerujące, że to już, że za chwilę – razem z dużą częścią świata wstrzymałem oddech. Premiera Hello mnie poruszyła. Później pojawiło się When we were young – już wiem, że mój numer jeden z 25. Cały album po premierze długo nie znikał mi z słuchawek – i choć nie jest moim ulubionym albumem Adele, to jest dobry. To płyta, o której, podobnie jak o Hey w Filharmonii. Szczecin Unplugged, myślałem, że będzie Albumem Roku. Do dziesiątki nie mogła nie trafić, ale miejsce piąte wydaje się być najlepsze. Mam nieodparte wrażenie, że 25 jest niespójne – dałoby się ułożyć z tego dwie ładne epki, ale jako całość przekonuje średnio. Są momenty rewelacyjne (wspomniane When we were young, do którego wracam, wracam i ciągle mi mało czy choćby Hello), są bardzo dobre (River Lea) i dobre nawet jeśli odrobinę wtórne (Love me in the dark), ale w całości ułożonej w 11 piosenek coś niezmiennie nie gra. Adele to jednak Adele i poziomu odmówić jej nie można. Czekam na kolejny album, a skoro ten wpis to podsumowanie roku – zostawiam When we were young w wersji z BRIT Awards.

  1. Mysz – Adam Strug i Requiem ludowe – Kwadrofonik i Adam Strug

Adam Strug wśpiewał się do mojego życia dzięki albumom LeśmianAdieu, i wiem na pewno, że został na stałe. Głos ma niezwykły, przenikający do szpiku kości i dotykający serca. Miniony rok przyniósł dwa wydawnictwa z udziałem Adama Struga (nie liczę Pieśni o Bożym umęczeniu), dlatego pozwoliłem sobie zestawić je razem – nawet jeśli są zupełnie różne. Mysz powstała przy producencko-kompozytorskim udziale Wojciecha Waglewskiego i było to świetne posunięcie! Artystycznie naprawdę strzał w dziesiątkę. Chropawy głos Struga w połączeniu z melodiami i gitarami Waglewskiego dają niezwykły efekt. Nie jest to oczywiście płyta wesoła, ale nie jest dobijająco smutna – ma w sobie odrobinę przewrotności, jest tu trochę pogody. Adam Strug, Wojciech Waglewski i filharmonicy szczecińscy – to byłoby coś! Póki co studyjnie i bez filharmoników, ale i tak bardzo dobrze.

Requiem ludowe to album już na pewno bardzo smutny – ale jednocześnie przynoszący dużo pokoju serca. Płyta jest przepięknie wydana, o czym wspominałem w drugiej części podsumowania roku. A z pięknym wydaniem idzie przejmująco opowiedziana (słowem, głosem, instrumentem) opowieść o przechodzeniu w wieczność. Ten album to trochę płyta z muzyką, ale bardziej chyba jeszcze spektakl, najprawdziwszy teatr radiowy. Jeśli ktoś ma serce otwarte, to nie będzie mógł przejść obok tego albumu obojętnie. To płyta bardzo trudna, ale warto zaryzykować i dać się Kwadrofonikowi i Strugowi w ten spektakl zaprosić. Kończąca Requiem ludowe instrumentalna Wieczność przypomina, że ta historia nie jest nierzeczywista, fikcyjna – to opowieść dla nas, o nas. Requiem ludowe to jedna z najpiękniejszych rzeczywistości kulturalnych, jakie mnie spotkały w minionym roku.

  1. AtramentowaAtramentowa. Suplement – Stanisława Celińska

O tym, jak pokochałem Celińską, wspominałem w poprzednim poście. Informacja, że artystka przygotowuje premierowy album bardzo mnie ucieszyła. AtramentowaSuplementem okazały się hitem sprzedażowym. Nie dziwię się – potrzeba przecież takich ciepłych dźwięków, jasnych kolorów i głosu Stanisławy Celińskiej, które przypomną, że świat jest piękny, nawet jeśli życie bywa smutne i niełatwe. W 24 piosenkach Celińska pomaga oswoić codzienne trudy i zachęca do cieszenia się życiem – nie ma w tym żadnego banału, żadnego wdzięczenia się; jest za to dużo szczerości, pokory i doświadczenia. Mądre teksty i barwne aranżacje Macieja Muraszki, gościnne występy Kasi Nosowskiej i Muńka Staszczyka, a przede wszystkim ona – sama Celińska – wszystko to sprawia, że do Atramentowej chce się wracać i wracać! Miałem szczęście usłyszeć te piosenki na żywo – bardzo ładne przeżycie. To jedna z tych płyt, które naprawdę można kupić w ciemno – bo rozjaśnia życie. Pierwszym numerem, który mocno wpadł mi z Atramentowej do serca było Nie strasz, więc właśnie tym się dzielę.

  1. Wir – Pablopavo / Iwanek / Praczas

Kto czytał zeszłoroczne podsumowanie i śledzi fanpage na Facebooku, ten wie, że jestem miłośnikiem twórczości i głosu Pablopavo. Z niecierpliwością czekam na każde nagranie, w którym ma choćby gościnny udział. Wir, nagrany w kolaboracji z Praczasem i Anią Iwanek zapowiadany był przez Październikowego faceta – i już po pierwszym przesłuchaniu miałem pewność, że Pablopavo poziomu nie trzyma, ale nieustannie go podnosi. Październikowy facet to rewelacyjny numer, zdecydowanie najszybciej wpadający w ucho spośród 14 piosenek na Wirze. Cały album jest momentami trudny, ale równie świetny co singiel. Pamiętam te minuty, gdy słuchałem Wiru po raz pierwszy – piosenka za piosenką utwierdzało się we mnie przekonanie, że to niezwykła płyta, zdecydowanie jedna z najlepiej wyprodukowanych, wymyślonych, napisanych, jakie słyszałem w ostatnich miesiącach. Niewesołe są wirowe piosenki, ale finałowy Nasz wir jest jasną dawką dobrych emocji, że śmiało można cały album włączyć od początku. Zwłaszcza, gdy są tam między piosenkami ukryte takie perełki jak wspomniany Październikowy facet czy Tu było tu stało. Jeśli tylko będziecie mieli okazję usłyszeć ten materiał na żywo – nie wahajcie się ani chwili! A póki co, na zachętę – Październikowy facet.

  1. Bumerang (a także Jazzboy sessions EP Od dawna już wiem EP) – Kortez

Naprawdę nie mogło być inaczej. Piosenki opowiedziane na Bumerangu uszlachetniają. I wracają wciąż, jak bumerang. O Kortezie napisano i powiedziano już bardzo dużo, a nie minął rok od wydania jego debiutanckiego albumu. Chciałbym się kiedyś zebrać i napisać kilka słów o Bumerangu, o tym co robią we mnie te piosenki – a robią naprawdę piękne i dobre rzeczy. Od rozpoczynającej Pocztówki z kosmosu aż do niezwykle przejmującego Dla mamy trudno się od tej płyty oderwać. Nie ma tu efekciarstwa, nie ma bombardowania słuchacza miliardem komunikatów. Jest spokojny głos Korteza, któremu się po prostu wierzy. Są melodie, które bez banału wchodzą przez ucho prosto w głębię serca. Jest dużo intymności, ale nie ma epatowania nagością. Fragmenty Bumeranga przypominają mi Uwaga, jedzie tramwaj Lenny Valentino – to podobny poziom wrażliwości. Debiutancka epka Jazzboy sessions i wydane po bumerangowej premierze Od dawna już wiem EP ładnie uzupełniają debiut Korteza – zresztą w 2016 r. zebrano te piosenki w Minialbum. Słucham tych piosenek niemal codziennie od kilku miesięcy i nie mam żadnego przesytu. Wręcz przeciwnie – ciągle mi mało. Trudno mi znaleźć słowa, opisywać te piosenki – może kiedyś. Teraz oddaję głos muzyce. To prawdziwy Album Roku.

Grand Prix: Annoyance and Disappointment – Dawid Podsiadło

Tegoroczne top 10 okraszam ważnym bonusem. Tu też naprawdę nie mogło być inaczej. Drugi album Dawida Podsiadły otrzymałem na Boże Narodzenie – zacząłem słuchać i nie mogłem się nadziwić. Annoyance and Disappointment to płyta przynajmniej tak dobra jak Comfort and Happiness. Jasne, nie ma aż tylu melodii szybko wpadających w ucho, ale jest dużo bardziej różnorodna, głos Podsiadły wyraźnie się rozwija i zagląda w nowe rewiry. Dostajemy w sumie 20 nowych piosenek (Four sticks  jest z ukrytym utworem, do tego dostępne cyfrowo Goodnight i 5 utworów na pendrive w wersji deluxe) i nudzić się nie można. Już pierwszosinglowe W dobrą stronę zapowiadało, że będzie się działo. Słychać tu co prawda wciąż echa debiutu, ale bez zbędnego powielania utartych i sprawdzonych schematów (osobiste Four sticks, Cashew/161644). Świetnie wypadają piosenki śpiewane po polsku (Pastempomat i odrobinę przewrotny utwór Bela). Są też momenty słabsze, ale to naprawdę bardzo dobry album, zagrany i wyprodukowany na bardzo wysokim poziomie. Zdumiewać może jedynie fakt, że to dopiero druga płyta Podsiadły, bo wielu artystów takie płyty nagrywa jako szósty-siódmy krążek. Bardzo zależało mi, żeby ten album wyróżnić, dlatego otrzymuje Grand Prix, bo Podsiadło nie zawodzi, hojnie obdarza słuchaczy dźwiękami, idzie „w dobrą stronę” i jest wciąż bardzo szczery.

Mam nadzieję, że te dźwięki przyniosły Wam choć trochę frajdy. Już po Fryderykach, podobnie jak w ubiegłym roku – mały bonus do podsumowania. Poza tym czeka już kilka płyt i przeżytych koncertów, o których chciałbym napisać, ale powierzam to Panu Bogu. Swoją drogą, jak pięknie, że Pan dał nam muzykę! Jemu chwała! Na „do usłyszenia” raz jeszcze Kortez. To nie tylko Album Roku, Debiut Roku, Koncert Roku, ale też tytuł tegorocznego podsumowania! „Niby nic, a jednak” – dlatego nie może być inaczej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *