na oddech przed

Zaledwie godzina, czasem nawet niecała. Zsunąć ławki, ustawić dekorację, sprawdzić światła i mikrofony. Zwłaszcza te ostatnie lubią przecież szwankować. I jak? Wszystko gotowe?

Przez pięć lat zaangażowany byłem w współtworzenie seminaryjnych Misteriów Męki Pańskiej. To była niezwykła przygoda, która pomogła mi jeszcze mocniej rozkochać się w Męce Pana Jezusa i w ogóle wiele mnie nauczyła. Wystawialiśmy misteria w soboty i niedziele Wielkiego Postu. Te sobotnie były przygotowywane spokojniej – przez cały dzień ustawiało się dekoracje w seminaryjnym kościele, sprawdzało się światła, był czas nawet na całościową próbę. Niedzielne przygotowania były zawsze bardzo pospieszne – wieczorna Msza kończyła się tuż przed 19, ludzie opuszczali kościół własnym tempem, za drzwiami czekali już świetnie zorganizowani klerycy, by wnieść wszystkie elementy scenografii. Trzy-cztery piętra wyżej trwały ostatnie poprawki charakteryzacyjne dla Jezusa, Szatana, Barabasza i żołnierzy. Ktoś zapominał kwestii, ktoś inny gubił strój. A ja, jako odpowiedzialny, biegałem po całym seminaryjnym domu, sprawdzając jaki jest stan przygotowań, wprowadzając odrobinę zamieszania – a przede wszystkim biegałem z nadzieją, że i tym razem Pan Bóg przyzna się do naszego trudu i pomoże temu dziełu zaistnieć w sercach ludzi i w naszych sercach. Około dwudziestej, gdy prawie wszyscy widzowie zajęli swoje miejsca, my (aktorzy, ja i techniczni) się pomodliliśmy, a światła w kościele seminaryjnym robiły się błękitnawe, brzmiał utwór „The streets of Whiterun” (ze Skyrima, w którego absolutnie nigdy nie grałem) – jako znak, że to już, już prawie. Trochę było w tym otuchy, trochę mobilizacji (by się spiąć, by „wyszło” czy by wreszcie już skończyć ostatnie poprawki przygotowawcze), dużo nadziei i takiego radosnego podniecenia – że nie ma odwrotu. Chwila oddechu… i Pan Jezus sam działał.

Wpisały się te dźwięki nie tylko w tradycję tamtych seminaryjnych Pasji, ale też w moje serce na tyle mocno, że nie mogę ich słuchać byle kiedy. Wracam do nich u schyłku Wielkiego Postu – i tamto doświadczenie pasyjne, przekłada się na doświadczenie szersze, parafialne i duchowe. Słucham tej muzyki i w tych dniach, od piątku piątego tygodnia Wielkiego Postu – także dziś, w wielkośrodowy wieczór. Dookoła rozgardiasz, wiele spraw wciąż nieogarniętych, w głowie wciąż ktoś biega. Ale te dźwięki przypominają, że to już – już za chwilę. I nie ma odwrotu. Bardzo się z tego cieszę, że nie ma odwrotu. Czekam na to Triduum ogromnie. Bo wiem, że Pan Bóg będzie prowadził pewne sprawy sam – tak jak prowadził te nasze seminaryjne misteria. Bo wiem, że z Nim się uda. Pięknie, że On nie czeka na posprzątane mieszkanie i sprawy dopięte na ostatni guzik. On ma własny rytm. I Jemu za to chwała.

PODOBNE

Skomentuj