niby nic, a jednak – 2015 w muzyce (vol. 3 – koncerty)

Po nieprzyzwoicie długiej, nie do końca planowanej przerwie, wracam z podsumowaniem roku. Wszak Fryderyki już za chwilę!

Muzyka na żywo to przeżycie nie do zastąpienia czymkolwiek innym – żadna, nawet najpiękniej zrealizowana płyta nie jest w stanie oddać tej energii, którą muzycy wytwarzają w tym jednym, jedynym momencie na scenie. W minionym roku udało mi się być na kilkunastu koncertach – nie będę jednak podsumowywał wszystkich, ale napiszę kilka słów o tych, które zrobiły na mnie największe wrażenie i zostawiły najwięcej emocji w sercu. Wpis ilustruję nagraniami – w jednym wypadku będzie to nagranie ze wspominanego koncertu, w pozostałych, wobec braku odpowiednich, podrzucę albo dobre nagranie live, albo nagranie studyjne, na zaostrzenie apetytu.

Razem z dużą częścią rodziny, pod koniec kwietnia 2015 r. wybrałem się na koncert Ireny Santor, co tak naprawdę nie powinno być żadnym zaskoczeniem dla stałych czytelników. Wydany w 2014 r. Punkt widzenia otrzymał w zeszłorocznym podsumowaniu tytuł Zaskoczenia RokuOkazja do posłuchania Santor na żywo pojawiła się dość szybko i głupio było z niej nie skorzystać. Piękny to był wieczór – Irena Santor z ogromnym wdziękiem i pasją śpiewała, opowiadała o piosenkach i szybko zaczarowała całą szczecińską filharmonię. Sama artystka też wydawała się być oczarowana klimatem, bo (jak dowiedzieliśmy się później) przedłużyła koncert o dobre pół godziny. Byłem pod ogromnym wrażeniem i śpiewu, i wytrwałości, i szczerości Ireny Santor. Artystka z takim stażem scenicznym! Nie odpuszczała sobie ani na chwilę. Do tego kameralne grono muzyków i świetny repertuar. Jeśli tylko będziecie mieli kiedyś okazję usłyszeć Santor na żywo – czym prędzej po bilety!

Filharmonia Szczecińska była dla mnie w minionym roku miejscem licznych koncertowych wrażeń – w listopadzie właśnie tam słuchałem koncertu Stanisławy Celińskiej, która promowała album Atramentowa. Pokochałem Celińską przy okazji albumu Nowa Warszawa, później była płyta Nie jesteś sama z piosenkami Agnieszki Osieckiej, Atramentowa tę miłość umocniła, dlatego siedziałem w pierwszym rzędzie i nie mogłem oderwać oczu i serca od tego co działo się na scenie. A przede wszystkim od Celińskiej. Artystka tak pięknie opowiada na żywo atramentowe historie, że wzruszenie podchodzi do gardła, a oczy się szklą – jednocześnie jednak Celińska daje ogromną dawkę nadziei i pokoju serca. W Szczecinie dołączył do niej Muniek Staszczyk, wykonali razem Wielką słotę (przejmująco i szczerze zabrzmiał ten duet – Muniek i Celińska trzymali się za ręce siedząc na fotelach, naprawdę niczym matka z synem) i Warszawę (mistrzostwo!). Podobnie jak przy Irenie Santor – Celińską na żywo polecam ogromnie! Bonusem będzie na pewno spotkanie po koncercie z artystką – jej radość życia i ciepło udzielają się i rozjaśniają mocno serce.

W 2007 roku, w samym środku wakacji, usłyszałem Miłość Agi Zaryan. Usłyszałem, pokochałem i nabyłem album Umiera piękno. Z roku na rok coraz mocniej tę płytę rozumiałem, coraz mocniej przeżywałem te dźwięki, te piosenki, wracając do nich głównie przy okazji kolejnych rocznic wybuchu i zakończenia Powstania Warszawskiego. Po cichu, gdzieś w głębi serca, marzyłem, by usłyszeć ten program na żywo. Marzenie spełniło się we wrześniu 2015 r. Aga Zaryan z zsespołem, wraz z filharmonikami szczecińskimi pod batutą Krzysztofa Herdzina zaśpiewała cały materiał z płyty Umiera piękno i dorzuciła dwa przepiękne prezenty. Pierwszym była Piosenka o końcu świata z albumu Księga olśnień – uwielbiam ten numer, więc radość była tym większa! Drugim prezentem – niezapomnianym, choć niestety niedostępnym (póki co?) w żadnym profesjonalnym nagraniu – była prześwietna wersja mniej znanego klasyka Osieckiej Ulice wielkich miast. Ech, gdyby Aga Zaryan przygotowała album z osieckimi piosenkami i orkiestrą! Cały koncert zabrzmiał przepięknie, spójnie i zapadł w serce na tyle mocno, że gdy wspominam go dziś, ponad pół roku później, to wciąż tamte dźwięki słyszę żywo i jasno. To jedno z takich wspomnień, które chciałoby się powtórzyć, ale jednocześnie mocno się docenia, że choć raz się udało.

I raz jeszcze Filharmonia Szczecińska. Druga połowa grudnia, zatrzymanie pośród przedświątecznych zamieszań. Waglewski Fisz Emade w towarzystwie filharmoników szczecińskich zdumieli mnie i zachwycili. Zdumieli, bo większości piosenek, przyznaję, nie znałem (grane były głównie numery z albumu „Matka, Syn, Bóg”, który dopiero po koncercie dołączył do rodzinnej płytoteki). Zachwycili, bo nie mogło być inaczej. Gdy Fisz śpiewał Boga na bis, to nie mogłem nawet drgnąć. Cały koncert obfitował w rewelacyjne wykonania, szczególnie świetnie zabrzmiały utwory wzmocnione orkiestrą – gdy teraz słucham tych piosenek z płyty, to wciąż „słyszę brak”. Waglewscy są fenomenem na polskiej scenie muzycznej – piszą dobre teksty, komponują dobre melodie i jeszcze na żywo są bardzo dobrzy. Chciałbym kiedyś posłuchać albumu Waglewski Fisz Emade „Symfonicznie”, to byłaby petarda. To był jeden z najlepszych koncertów, na jakich byłem w ostatnich latach.

Koncertowe Grand Prix otrzymują dwa koncerty szczególne – choć ani jeden, ani drugi nie odbyły się w Filharmonii Szczecińskiej. Pierwszym był koncert, którego sam się nie spodziewałem. To znaczy nie spodziewałem się dość długo, że na ten koncert się wybiorę. W sierpniu w warszawskim Palladium grał Passenger. Wtedy byłem posiadaczem passengerowego All the little lights, z którego kojarzyłem kilka piosenek – a każdą w dobrym kontekście. Z kilku miłych powodów znalazłem się na tym koncercie – bilety były wyprzedane, ale na tydzień przed udało mi się jednak je zdobyć. Palladium było zapełnione i duszne, ale już saportujący Stu Larsen porwał mnie na tyle mocno, że nie zwracałem uwagi na „techniczne utrudnienia”. Serce miałem rozgrzane, obok siebie dobrych ludzi i czekałem na Passengera. Mike Rosenberg wyszedł na scenę sam z gitarą, ale gdy się jest takim Mikem Rosenbergiem, ma się taki głos i opowiada się takie historie, to nie trzeba nic więcej. Niezwykle zabrzmiały jego własne piosenki, wstrząsające było passengerowe wykonanie Sound of silence. Fantastyczna była publiczność, która śpiewała głośno świetne teksty Passengera, ale też umiała pomilczeć, gdy artysta o to prosił – wtedy najcichszy nawet szept ze sceny był słyszalny. To był dla mnie niezwykły wieczór, który sprawił, że Passenger dołączył do grona najchętniej słuchanych przeze mnie artystów. Nie spodziewałem się, ale to była jedna z najpiękniejszych niespodzianek muzycznych minionego roku. Wielki prezent od Pana Boga. Po tym koncercie uzupełniłem dyskografię Passengera, rozdałem kilka egzemplarzy Whispers I przyjaciołom, a tamten wieczór wspominam wciąż z radością. Pod koniec roku Mike Rosenberg wydał koncertowe DVD z nagraniem jednego z koncertów z europejskiej trasy – warto się zaopatrzyć, bo choć trochę tych niezwykłych emocji udało się utrwalić.

Drugie Koncertowe Grand Prix wędruje do Korteza za koncert o północy w Radiu Koszalin. To było chwilę przed wydaniem Bumeranga. Dowiedziałem się o tym koncercie trochę przez przypadek, kolega pracujący w radiu pomógł mi zdobyć wejściówkę, a dzięki opiece Pana Boga udało mi się dotrzeć do Koszalina i przeżyć jeden z najładniejszych koncertów w moim życiu.  Kortez zagrał cały materiał z debiutanckiej płyty i mały bonus, było nas niecałe stu widzów w niewielkim, kameralnym studio, a gdzieś na zewnątrz spało miasto. Chciałem tak bardzo napisać o tym koncercie w tych dniach Kortezowego debiutu, ale nie umiałem – to było jakoś niezwykle pół-prywatne przeżycie. Chciałbym jednak kiedyś choć kilka słów o tamtym koncercie napisać. Bo ta płyta osiadła w moim sercu właśnie dzięki tamtemu koncertowi. Wobec braku mojej relacji, podsyłam do strony Radia Koszalin – tam można nie tylko poczytać, ale i posłuchać, jak Kortez brzmi o północy.

Ten rok kalendarzowy już przyniósł kilka dobrych, wyjątkowych koncertów – więc przyszłoroczne podsumowanie już się tworzy! Ale przed nami jeszcze top 10 2015!

PODOBNE

Skomentuj