może

niby nic, a jednak – 2015 w muzyce (vol. 1 – bezszały)

Dzień ogłoszenia nominacji do Fryderyków, to dobry moment, by wreszcie opublikować własne muzyczne podsumowanie roku. Tak naprawdę, to takich momentów wcześniej było kilka. Samo podsumowanie dość długo we mnie dojrzewało, a czasu na spisanie wszystkich spostrzeżeń oczywiście było jak na lekarstwo (choć pewnie to też kwestia organizacji). Rok temu miałem nadzieję, że uda mi się na bieżąco publikować wrażenia z kupowanych płyt i słuchanej muzyki – wtedy podsumowanie roku byłoby dużo prostsze do zorganizowania. Nie udało się, pracuję nad sobą i kolejne z postanowień z kategorii „ogarnij się” przeszło na rok kolejny. Przyjaciele mobilizowali mnie od kilku tygodni, by wreszcie podsumowanie zamieścić, ja – nie ukrywam – trochę się już wstydziłem, że późno i w ogóle. Ale dwa wydarzenia przekonały mnie, że jednak nie jest za późno – dwa tygodnie temu rozdano BRIT Awards, a kilka godzin temu ogłoszono nominacje do Fryderyków. Gdyby ktoś był tu nowy albo potrzebował przypomnienia o co chodzi z moimi podsumowaniami roku, to zapraszam do zeszłorocznego wpisu z wyróżnieniami. Tytuł tegorocznego podsumowania oczywiście jest odrobinę prowokacyjny; podobnie jak w roku ubiegłym chciałem go zaczerpnąć z jednej z wyróżnianych płyt i ten fragment z numeru Korteza jakoś najmocniej wpadł mi w serce. Po tradycyjnym przydługim wstępie – pierwsza część podsumowania!

Bezszały

W muzyce dzieje się wiele – niestety, nie tylko pięknie. Czasem czekasz na jakąś płytę, na nowy utwór artysty – i… no właśnie. Nie, żeby od razu rozczarowanie. Ale zapytany o wrażenia, odpowiadasz: „bez szału”. To znaczy jakby nie do końca źle, coś tam się nawet broni, ale przecież mogło być lepiej – potencjał nie został wykorzystany. Mam w zwyczaju nawet w średnich produkcjach szukać zalet, stąd nie chciałem pisać o rozczarowaniach (to jednak dość mocna kategoria). Tak powstał dział „bezszały” – a kilka ich w minionym roku znalazłem (przeżyłem?).

Andrzej Piaseczny – Kalejdoskop

Nie jestem fanem Andrzeja Piasecznego, ale cenię go jako wokalistę i nawet do niektórych numerów lubię wracać. Gdy dowiedziałem się, że Piasek przygotowuje płytę z polskimi piosenkami lat dziewięćdziesiątych z orkiestrą symfoniczną, to zacząłem oczekiwać – nie tylko jako badacz-amator popkultury (choć to pierwszy powód), ale też jako fan piosenek, które na rzeczonym albumie miały się pojawić. Wyczekiwałem z ciekawością, ale też z dużą rezerwą. Tuż po premierze nabyłem wersję cyfrową albumu. I owa rezerwa okazała się nie być na wyrost. Kalejdoskop przynosi 10 piosenek, z których tak naprawdę najmocniej broni się premierowy Kalejdoskop szczęścia – nie jest to wybitny numer, ale brzmi najszczerzej na całym albumie. Pozostałe piosenki – jak na mój gust – rozjeżdżają się właśnie w przestrzeni szczerości. Słychać, że Piaseczny nie wybierał utworów sercem (zresztą przyznał to w jednym z wywiadów) – naprawdę ma się wrażenie, że wokalista nie do końca rozumie, o czym śpiewa. Do tego dochodzą dość monotonne i/lub przesłaniające treść (i wokalistę!) aranżacje – w Do kołyski Piasek z orkiestrą rozjeżdżają się zupełnie, co może miało przynieść nowe przestrzenie interpretacyjne, ale chyba coś nie wyszło. O sobie samym, finału płyty, słucha się nieprzyjemnie – a szkoda, bo wersja Gawlińskiego była trochę jak letni wiatr. Poza Kalejdoskopem szczęścia można wybronić Ostatniego (dobry aranż, choć pewnie dlatego, że mocno zainspirowany oryginałem) i Santanę (Piasecznemu towarzyszy Kayah). Bardzo czekałem na Zanim zrozumiesz – niestety, wersja z Sopotu zaśpiewana 10 lat wcześniej ma świeżość i lekkość, o której wersja studyjna z Kalejdoskopu może jedynie pomarzyć. Mimo wszystko, Kalejdoskop był jednym z częściej słuchanych przeze mnie albumów w minionym roku – choć trochę nawet mnie to dziwi. Szkoda mi bardzo niewykorzystanego potencjału i tych piosenek, i samego Piasecznego. Czekam na kolejne projekty. Jesienią udało mi się na biedronkowej wyprzedaży znaleźć wersję płytową – kupiłem, posłuchałem. I znów – niby miło, ale bez szału. Zostawiam jednak tytułowy numer, a co.

 

Mumford and Sons – Wilder mind

Mumfordów poznałem już przy pierwszej płycie, choć nabyłem dopiero Babel. Rozkochali mnie w swojej muzyce i często do ich piosenek wracam, nic więc dziwnego, że czekałem na kolejny album. Pierwszosinglowe Believe zdumiało mnie (i całą międzynarodową rzeszę mumfordowych fanów), ale jednak bardzo mi się spodobało – i koniec końców stało się trzecią najchętniej słuchaną przeze mnie piosenką 2015 roku w moim iPodzie (!). Drugi singiel, The wolf, rozczarował mnie na całej linii – to piosenka megaprzewidywalna, którą mógłby nagrać każdy inny zespół. Jednak wierny słuchacz, to wierny słuchacz – czekałem nadal na album, z bardzo mieszanymi uczuciami. Kupiłem, przesłuchałem kilka razy – i chyba tyle. Płyta spływa po sercu, aż trochę szkoda. Nie jest to płyta zła – ale z Mumfordów został tu chyba tylko wokal. Lubię, gdy artyści się rozwijają, szukają kolejnych dróg, ale tacy Mumfordzi jednak trochę mnie rozczarowali. Płyta nadaje się co prawda na nocne jazdy po mieście, ale myślę, że po takim zespole można oczekiwać więcej. W głowie czasem zakołaczą mi się jeszcze czasem Tompkins Square Park i tytułowe Wilder mind. I oczywiście Believe, do którego też chętnie wracam i to właśnie ten kawałek zostawię. Ale ogólnie – szału nie ma.

 

Ania Dąbrowska – Nieprawda

Ania wskoczyła do mojego serca albumem Kilka historii na ten sam temat i wiem, że długo, długo nie wyskoczy. Wracam bardzo chętnie do trzech pierwszych płyt i do nagranego w 2012 Bawię się świetnie. Gdy jeden z ulubionych artystów milknie na dłużej niż zwykle, to zazwyczaj zaostrza apetyt słuchaczy. Naprawdę czekałem mocno na nowe nagrania Dąbrowskiej, umiliłem sobie to czekanie majowym koncertem Ani w szczecińskiej Filharmonii. Zapowiedź Nieprawdy ów apetyt jeszcze mocniej zaostrzyła. Kilka tygodni czekałem na pierwszy singiel z nowej płyty – wiedziałem, że będzie musiał wystarczyć na kolejnych kilkanaście tygodni do premiery całego albumu. Chwilę po opublikowaniu Nieprawdy wziąłem głęboki oddech, przesłuchałem i zostałem zaskoczony. Nie chodzi o nagłe motywy reggae w twórczości Ani. Słuchałem potem Nieprawdy jeszcze kilkanaście razy – i utwierdzałem się w bezszałowości. Niby fajnie buja, niby dobry tekst – ale dość niedbale zaśpiewany („wciąż nie umiem przestać tobą szyć”). Dziś, gdy cały album już się pojawił – i jest naprawdę dobry – nie mam o tę Nieprawdę żalu. Ale żeby skrzętnie i uczciwie miniony rok podsumować, to nie mogę tej piosenki do Bezszałów nie wrzucić.

 

Powinien pojawić się tu jeszcze jeden Bezszał, ale będzie obecny w top 10 (jak to? tak to!) i przy tej okazji na pewno wypomnę niewykorzystany potencjał. Przed nami, poza top 10, kilka wyróżnień i koncertowych wspomnień, a także garść Odkryć Roku. Do usłyszenia, do zaś!

PODOBNE

Komentarz 1

Skomentuj