jestem tym, co pamiętam – „Vena amoris” Anity Lipnickiej (pierwsze wrażenia) [reedycja]

Anitę Lipnicką po prostu uwielbiam. Jest jedną z moich ukochanych wokalistek, jest świetną autorką, a przede wszystkim jest artystką, która bardzo świadomie od kilku lat prowadzi swoją karierę.  Anita Lipnicka to niekwestionowany fenomen w przestrzeni polskiej muzyki rozrywkowej- zawsze prawdziwa, zawsze szczera: i z Variusami, gdy śpiewała piosenki księżycowe, i solo, gdy zapewniała, że „wszystko się może zdarzyć” (a i życiem artystycznym to udowadniała!), i z Johnem pośród najprostszych próśb „Tell me, tell me”. Album „Hard land of wonder”, który trzy lata temu zaczarował moją jesień był pięknym powrotem do śpiewania solo – 11 chłodnych utworów, wieczornych, jakby pisanych półcieniem. Choć był to już jeden z tych bardzo dobrych polskich albumów jakby trochę zbyt przemilczany w mediach, pół-obecny. Później fani otrzymali wyjątkowe prezenty w postaci piosenek znów, wreszcie śpiewanych po polsku – szalono-folkowe utwory do „Meridy walecznej” (których niestety na próżno szukać choćby w wersji cyfrowej) i przejmującą balladę „Jeśli nie wrócę” (miałem szczęście usłyszeć to na żywo, na dziedzińcu Zamku w Szczecinie – łzy w oczach). Po 13 latach od albumu „Moje oczy są zielone” Anita przynosi solową płytę zaśpiewaną w całości po polsku. Nie sposób nie spróbować złapać w słowa choćby kilku pierwszych wrażeń.

Singiel „Hen, hen”, który kilkanaście dni temu pojawił się w sieci był dla mnie dużym zaskoczeniem – niezbyt radiowe, pomyślałem. Ale z radością wracałem do tego numeru, który melodyjnie przywodził na myśl anglojęzyczne piosenki z solowego debiutu Anity, a tekstowo kojarzył się z „Modlitwą o miłość” nagraną przed laty z zespołem Carrantuohill. [nie wiem, czy to zamierzone, czy też może to moja dziwna przypadłość, ale twórczość Anity jest dla mnie wyjątkowo spójna – może dlatego, że jak już wspomniałem, jest artystką zawsze szczerą] „Hen, hen” może sugerować też, że artystka chciała odskoczyć hen, hen od tego, co robiła wcześniej, co zresztą zapowiadała w wywiadach. Całość jest pięknie tęskna, ale nie sentymentalna – dużo w tym szukania, ale i nadziei. W układzie płytowym „Hen, hen” jest piosenką drugą, tuż po otwierającym „Eonie”. Ten numer, niejako intro całego albumu, jest jak wieczorny krajobraz – trudny do złapania, ale intrygujący, wwiercający się w serce i myśl. Wprowadza nas w poetykę całej płyty – będzie barwnie, ale czy lekko i kolorowo? Można też chyba przerzucić pomost między poprzednim albumem a „Veną” – „Hard land…” kończył się nocą, o której opowiada „The trial”. Nowa płyta zmierzchem się zaczyna.

„Hen, hen” ten zmierzch odrobinę rozjaśnia przez dość „uśmiechnięty” aranż, ale rozwija się też tu „tajemnicza” (nie mogę teraz znaleźć lepszego słowa), intrygująco-niejednoznaczna metaforyka, pełno tu kwiatów kwitnących do wewnątrz, wielorybiego śpiewu i czytanych wspak zaklęć – które sprawnie równoważą ów „uśmiechnięty aranż” i pomagają „spotkać” wokalistkę, która zaprasza nas do łodzi w dalszy rejs.

W kolejny utwór dosłownie „wpływamy” – na polanę, gdzie wszystko otula przyjemne echo country. „Gdy na mnie patrzysz” opowiada o tym, co się dzieje, „gdy na mnie nie patrzysz”. Tekst – rewelacja, sprytnie wprowadzone obrazy, które pomagają samemu się w treści odnaleźć. I nawet jeśli piosenka zapewnia, że teraz się w „bezpragnieniu” trwa, to słuchacz ma naprawdę apetyt na więcej.

Tytułowy utwór trochę przywodzi na myśl drugą, trzecią płytę z Johnem – jest jakby pustynnie, trochę surowiej niż przed chwilą. Tekst mógłby być kontynuacją np. „Death of love”, ale jest tu dużo więcej. „Twoja bardziej niż swoja, przeszyta tobą na wskroś” – Lipnicka brutalnie wprost nazywa często trudne do schwytania emocje, stany. Pejzaż muzyczny cudownie dopełnia trąbka, całość bardzo czerwona – tak krwiście, brudno, szalenie mocno.

„Sen Laury” to mój faworyt od pierwszego przesłuchania. Najdłuższy utwór na płycie, pierwsze dźwięki jakieś bardzo islandzkie, jakby pożyczone od Sigur Rosa. Skoro to mój faworyt, to chciałbym napisać jak najwięcej, ale „Snu Laury” chyba trzeba po prostu słuchać, słuchać, roztapiać się w nim. Melodia, sposób prowadzenia głosu przywodzą mi na myśl nawet dość odległe nagrania z Variusami („The gardeners”, „Wstyd” i inne), te chwile, kiedy popkultura okazywała się być prawdziwą sztuką. Refren mnie za każdym razem czaruje: „Zbieram dowody istnienia / czegoś więcej / niż rzeczy w biegu i czasu w locie. Jestem tym, co pamiętam / mam puste ręce / i przed oczyma film”. Most jest świetny, zakończenie też. Po prostu trzeba przesłuchać!

Kolejny utwór, „Monochrom”, wiedzie nas już trochę innym rytmem, nagle dostrzegamy, że nie wiedzieć kiedy, zrobiło się zimowo, a to klimat, który z Anitą jest jakoś mocno związany („Zimy czas” i w ogóle prawie całe „To co naprawdę”, „Winter song”, cały album „Hard land of wonder”). Ale jest też dobre tempo, w tle akordeon i choć tekst zapewnia, że „zastyga w monochromie czas”, to nic bardziej mylnego! Dzieje się, dzieje – tak jakby wokalistka chciała słuchacza wyrwać z zadumy poprzedniego utworu, bo przecież jeszcze tyle przed nami. Piosenka jest krótka (ale w sumie „w sam raz), kończy się jakby niespodziewanie – jak świeży podmuch powietrza w zimowy poranek.

„Trzecia zima”? Przy pierwszym przesłuchaniu pomyślałem: „‚Trzy lata później’, ale doroślej”. Brzmią tu echa zarówno solowych dokonań, jak i muzycznych „romansów” z Johnem. Tekstowo znów pięknie – „czy to się kiedyś skończy, czy to się w końcu zmęczy?”. Piosenka toczy się swoim rytmem, instrumenty zaglądają jak do ulubionego pubu i dopowiadają historię. Najmocniej w pamięć zapadają klawisze, tu wyjątkowo wyeksponowane, ale bardzo proste, zwyczajne – bo i historia opowiadana jest prosta, codzienna, a przez to tak bliska.

Meduzy z okładki mogą trochę dziwić, wszak „morskich motywów” na płycie niewiele. Obok „Hen, hen”, taką „wodną” piosenką jest ósme na płycie „Wodowanie”. Tu znów gitarowo, trochę może z przymrużeniem oka – tak jakby „Gin z tonikiem” tylko bardziej subtelnie, więcej w tym igrania, mniej „lipy”. Przyjemne country z pierwszej części płyty znów nadaje klimat, dobry klimat!

„Zbyt dużo aniołów” w ten country-klimat się wpisuje, choć próbuje też wyrastać w jakieś inne przestrzenie muzyczno-tekstowe. Skojarzenie pierwsze to „Secret wish”, ale tu jest trochę jaśniej, trochę przyjemniej, tak błogo-leniwo. Całość dopełnia przyjemny instrumental w końcowej części utworu. „Jak umierać to teraz, to tu?” – nie ma mowy, jeszcze trzy numery przed nami!

Solowy album, więc „Sama” to prawie jakby manifest. Jest znów tęsknie, i znów bez sentymentów. Bo Anicie w świetny sposób muzyką, tekstem i aranżem udało się wyśpiewać taki stan, kiedy dostrzega się bycie samemu, co powinno być jakoś tam smutne (słychać to w piosence), ale jest w tym też swoista radość, rys niezależności (i to też słychać, bardzo mocno). Insrumentalnie? Gitara, delikatna perkusja, tło jakby z albumu „Korova Milky Bar” (może szalone skojarzenie), ale po Anitowemu.

Przedostatnie na płycie „Nie wiem” znów przynosi „pustynny klimat” (a co za tym idzie – skojarzenia choćby z „Lonesome traveller”; coś podobnego udało się zarejestrować w „Nim wstanie dzień” w wydaniu Nosowskiej). Zwrotki brzmią złowieszczo, głos Anity wystylizowany na buntownicze numery Variusów („Dlaczego ja”). „Nie wiem” to numer o mocnej wymowie, dość ostry manifest artystki, kobiety – na różnych manifest. Zaskakujące jest wplecenie w tło recytowanych wersów tekstu z efektem „telefonicznym” – idzie z tym jakaś nowa jakość. Finał piosenki jest zaaranżowany bardzo ascetycznie, dzięki czemu wymowa ostatnich wersów staje się jeszcze mocniejsza. No, no – naprawdę ciekawie.

Finał płyty, „Kometa” tworzy dźwiękową klamrę z „Eonem” otwierającym płytę. Finały u Anity zawsze są piękne, choć tak smutne! Nie inaczej jest tym razem. „Kochanie, obawiam się, że odchodzę” – tak zaczyna się ostatni utwór „Veny…”. Ten „zakres tematyczny” znany jest tak dobrze z twórczości Lipnickiej – za każdym razem „ugryziony” na nowo. Chórki wplecione w tło pięknie przywołują „The trial” z finału poprzedniej płyty. Opowiadana historia jest smutna, a jakże, ale co może szczególnie charakterystyczne dla tej płyty, nie ma w tym taniego sentymentalizmu. Historia jest smutna, bo życie smutne bywa – a to paradoksalnie „odciąża” piosenki i dodaje im łut nadziei. Finał jest chłodny, ale tak bardzo ładny, że aż żal, że nie trwa dłużej.

Garść pierwszych wrażeń – tylko garść, słowa, które nie potrafią do końca złapać tego, co te dźwięki ze sobą niosą. Garść spisana po przesłuchaniu utworów internetowo, za pośrednictwem Deezera (http://www.deezer.com/pl/album/6946762), czekam na przyszły tydzień, gdy włożę płytę do odtwarzacza, gdy zajrzę do książeczki.

Wypunktowałem kilka nawiązań do poprzednich momentów w twórczości Anity, ale nie chcę, żeby sprawiało to wrażenie, że „Vena amoris” jest w jakikolwiek sposób płytą „wtórną”. Nie jest. To nowa Anita, ale po prostu mocno wyrastająca z poprzednich płyt – i uważam, że to piękne. W jej twórczości wracające obrazy, motywy wędrowne nie dają poczucia „ee, znam to”, ale miły uśmiech, który towarzyszy odwiedzaniu niegdyś znanych miejsc i dostrzeganiu ile się tam zmieniło. Jak wracanie do domu po długim czasie.

Mijający rok przyniósł dość dużo dobrej muzyki, przed nami jeszcze kilka ważnych premier na czele z nową płytą Edyty Bartosiewicz. „Renovatio” już dostaje ode mnie Grand Prix 2013 za sam fakt ukazania się – zbyt długo na tę płytę czekałem, dlatego trudno będzie mi ją „wrzucić” w podsumowanie roku. A „Vena amoris”? Jak dla mnie – najprawdopodobniej Płyta Roku 2013.

 

[ten wpis jest świadectwem jednego z moich nierozkręconych blogów, opublikowany był 25 września 2013 roku na tustudioziew.blogspot.com; do „Veny amoris” jeszcze będę wracał, do Anity też, ale wydawało mi się ładne, by zacząć nowy blog od tych „pierwszych wrażeń”.]

PODOBNE

Komentarz 1

Skomentuj