kiedy nie ma miłości

Pięciolatka ubrana w habit – a później 20 lat obok Pana Boga. Tak blisko, że daleko.

Jednym z przejawów mojej szalonej nieaktywności i niesystematyczności blogowej jest zniknięcie cyklu „Święty Tygodnia”. Zdecydowanie czas to zmienić – a może przyjdzie wraz z tym wzrost innych blogowych ruchów. Do tego powrotu zachęca mnie święta dziewczyna, której jeszcze kilkanaście miesięcy temu nie znałem w ogóle, a która dziś niejednokrotnie w rozmaitych sprawach mi pomaga.

Gertruda trafiła do klasztoru w Helfcie jako pięcioletnia dziewczynka. Z zapałem poznawała świat – od liter aż po skomplikowane struktury gramatyczne, od modlitw po teologię Ojców Kościoła. Rosła w latach, w wiedzy i popularności – siostry lubiły słuchać jej głosu, gdy Gertruda czytała lub śpiewała i nawet w czasie wspólnych modlitw milkły, by dźwięczny głos Gertrudy mógł brzmieć i cieszyć serca. W samym środku XIII w. dwudziestopięcioletnia Gertruda była wykształcona, świetnie wypełniała rozmaite klasztorne obowiązki i jawiła się jako bardzo dobra zakonnica. Ona sama jednak zaczęła dostrzegać, że wyrósł przed nią jakiś mur – mur, którego sama zupełnie nie będzie mogła przeskoczyć. Mur, który oddziela ją od Pana Boga. Była pobożna, obowiązkowa, uzdolniona – ale z pustawym sercem.

Moment nawrócenia przyszedł niespodziewanie, w zwykły wieczór, na korytarzu – Gertruda zobaczyła, jak sam Pan Bóg przenosi ją przez ten mur. Serce wypełnił jej Miłością, Samym Sobą. Po dwudziestu latach spędzonych w klasztorze, Gertruda doznaje łaski nawrócenia i zaczyna nowe życie – choć zewnętrznie zmienia się niewiele. Nadal dzielnie i sprawnie podejmuje swoje obowiązki, służy głosem, dobrą radą, dalej się kształci; wydaje się nawet, że jest we wszystkim coraz lepsza. Ale też czeka mocno na te chwile jej sam-na-sam z Oblubieńcem, z Tym, który dawał jej siłę wszystko ogarnąć i się nie pogubić. Z Jezusem, który wypełniał jej pustkę, stał się sensem jej życia. Sama Gertruda trochę o tym później pisała – przekonując, że każdy z nas jest naprawdę zdolny do przyjaźni z Panem Jezusem w każdej chwili życia. Kilkanaście miesięcy temu nabyłem „Ćwiczenia” św. Gerturdy – i wreszcie zaczynam się w nie wgryzać.

Świętą Gertrudę Wielką poznałem w czasie posługi w mojej pierwszej parafii – w miasteczku były ruiny kaplicy jej dedykowanej. Lubiłem tam chodzić na modlitwę sam i z przyjaciółmi. Gdy poznałem historię Gertrudy, to mną mocno wstrząsnęła – jako przestroga. Bo fizycznie, wizualnie, można być blisko Boga, a jednocześnie błądzić sercem po pustkowiach. Od kilku miesięcy posługuję w dużym mieście, w którym dużo spraw. Nowi ludzie i nowe wyzwania – chcę sprostać, dobrze wypaść, być w porządku. Dziś staje przy mnie św. Gertruda i przypomina, że jasne, to są ważne sprawy, ale najpierw trzeba mi zawalczyć o relację z Jezusem. Znaleźć czas najpierw na po-bycie z Nim, przy Nim nie tylko w brewiarzu, ale w chwilach ciszy; tak zagospodarować sobie codzienność, żeby ani Jezusa, ani siebie z tego „tylko naszego” czasu nie odzierać. A wtedy, przypomina św. Gertruda, inne sprawy też się da ogarnąć – z dobrym skutkiem.

Liturgia słowa z czwartku XXXII tygodnia (tak w tym roku wspomnienie św. Gertrudy przypada) przypomina, że Królestwo Boże, to nie coś, co kiedyś przyjdzie – to rzeczywistość, która dzieje się pośród nas. Pięknie się to splata z Gertrudowym życiem – nie ma co czekać na jakieś kiedyś, tylko już dziś, teraz być przy Jezusie, Jego Sercu (ach, Gertruda jest jedną ze „świętych od Serca”!) i wszystkim, co w Jezusowym Sercu się mieści. Bo „kiedy nie ma miłości (…), tak mało mi zostaje, prawie nic”. Módl się, za nami, św. Gertrudo – żeby w tych naszych kulawych, zabieganych sercach, dużo Miłości było.

PODOBNE

Skomentuj