wciąż bardziej obcy

Założyłem bloga, żeby dzielić się Panem Jezusem, miłością do Świętych i odrobiną muzyki. I nawet kiedy świat mnie przeraża, kiedy go nie rozumiem – to nadal chcę to robić. Bo w Boga wierzę.

W czwartkowy wieczór, gdy podczas Mszy Świętej odczytywałem fragment Ewangelii wg św. Łukasza, mocno drżało mi serce. Gdy słyszałem własny głos, który odczytywał Jezusowe słowa o miłości nieprzyjaciół, o tym ogromnym nielogicznym szaleństwie – żeby pożyczać, dawać, miłować, nie oczekując niczego w zamian – uginały się pode mną nogi. Dlatego, że jest mi strasznie wstyd, bo wciąż brakuje mi odwagi, żeby tak kochać. I mimo że jestem księdzem – to brakuje mi często odwagi, nawet żeby się o taką miłość modlić. Wraca do mnie to Słowo, brzmi ciągle w uszach. Podobnie jak inne fragmenty Ewangelii: o Miłosiernym Samarytaninie, o Samarytance, o Sądzie Ostatecznym w Mateuszowej przypowieści. I drży mi serce, bo wciąż mało kocham, bo wciąż mało wierzę.

W sierpniu spacerowałem po Ávili śladami św. Teresy od Jezusa i powtarzałem jej wiersz „Nada te turbe”, w którym daje wskazówkę, żeby się nie dać lękom i troskom, bo to wszystko przemija, a jedynie Bóg się nie zmienia. Bo On sam wystarczy. I w sercu utwierdzało się przekonanie, że św. Teresa Wielka wie, co proponuje – bo przecież sama tego doświadczyła. Wszystko przemija – prawda z Ewangelii – w którą jednak trudno uwierzyć. A w to, że Bóg sam wystarczy jeszcze trudniej. Ale wołam do Pana o taką wiarę, o takie Jemu zaufanie. Święci przyjaciele pomagają iść do Niego, uczą zaufania, choć jestem oporny i krnąbrny, to oni cierpliwie modlitwą i słowem wspierają. Świętych obcowanie to ogromny dar od Pana Boga.

Od kilkunastu dni, jak chyba niemal wszyscy, których znam, chodzę z tematem uchodźców w sercu. Wołam o światło Ducha Świętego, żeby umieć to wszystko choć trochę zrozumieć, nie emocjonalnie, ale jednak sercem. I bardzo się boję, bardzo nie rozumiem.

Widzę moich znajomych – z deklaracji katolików – którzy z nieznaną mi dotąd agresją występują przeciwko ludziom, których nie znają z imienia, nazwiska, historii życia. Nie znają i pewnie nigdy nie poznają. Widzę jak katolicy, z którymi modliłem się na rekolekcjach, cytują jasnowidzów i „Fakt”, wieszczących, że za kilka lat w moim mieście będzie stał meczet i wszyscy będą do mnie strzelać. Widzę moich braci chrześcijan, którzy krzykiem reagują na wszelkie próby podjęcia dialogu, rozmowy. Widzę – i nie rozumiem. Wraca do mnie Ewangelia z czwartkowego wieczoru – i nie rozumiem. Słyszę św. Jana od Krzyża, który przypomina, że „pod koniec życia będziemy sądzeni z miłości” – i nie rozumiem.

Nie wiem, jak to się dzieje i dlaczego, że ci, którzy jeszcze niedawno publikowali na potęgę oświadczenie Prezydium KEP na temat in vitro, teraz nie udostępniają komunikatu tego samego Prezydium na temat uchodźców, jakby tego oficjalnego stanowiska nie było. A jest to komunikat spokojny, stonowany, ale i przypominający, że przecież tu na ziemi jesteśmy tylko gośćmi (komunikat dostępny jest na stronie Episkopatu).

Nie rozumiem, dlaczego częściej publikuje się komentarz jednego z węgierskich biskupów nt. apelu papieża Franciszka, niż sam apel – apel prosty i konkretny, wzywający katolickie wspólnoty do czynu miłosierdzia. Czy można wierzyć, że w sprawach dla mnie wygodnych nasz papież mówi z natchnienia Ducha Świętego, a w sprawach niewygodnych nie? Może można.

Dziwię się – i nie mogę przestać – jak relatywna jest definicja obrony każdego życia. W Polsce nie żyją sami katolicy, a jednak wielu działaczy pro-life walczyło, by każde życie – i katolickie, i nie – było chronione. Teraz ci sami znajomi działacze, deklarują udział w protestach „tak dla ksenofobii, nie dla uchodźców” i tym podobnych – czyli o jaką obronę życia chodzi? Każde, ale nie muzułmańskie? Nie takie, którego się boję? Nie rozumiem, wciąż nie rozumiem, dlaczego to jest tak płynne – skoro kilka tygodni było proste „tak – tak, nie – nie”. Przecież Księga Rodzaju zostawia nam pewność, że Pan Bóg stworzył każdego człowieka na Jego obraz i podobieństwo (Rdz 1,27). I to nie chrzest daje mi tę godność, ale sam akt stworzenia.

Nie wiem, jak można przyjmować Pana Jezusa w komunii – i mieć serce zamknięte na drugiego człowieka. W V Modlitwie Eucharystycznej jest wołanie: „Uczyń nas otwartymi i pełnymi gotowości wobec braci, *których spotkamy na naszej drodze, * abyśmy mogli dzielić ich bóle i strapienia, * radości i nadzieje, * oraz postępować razem na drodze zbawienia” (V ME, B) i „Otwórz nasze oczy na potrzeby i cierpienia braci; * oświeć nas światłem Twego słowa, * abyśmy pocieszali utrudzonych i uciśnionych, * spraw, abyśmy z miłością podejmowali posługę wobec ubogich i cierpiących. * Niech Twój Kościół będzie żywym świadectwem prawdy i wolności, *sprawiedliwości i pokoju, * aby wszyscy ludzie otworzyli się na nadzieję nowego świata” (V ME, C). W tej samej modlitwie jest też prośba do Pana, by dzieci Kościoła umiały odczytywać znaki czasu – a to wielkie wyzwanie miłosierdzia chyba tak powinno być rozumiane wobec Roku Jubileuszowego, który ma rozpocząć się za chwilę. Papież wydaje się to rozumieć, dlaczego nie chcemy iść za jego intuicją?

Wreszcie zdumiewa mnie argumentowanie, że Polska jest katolicka – dlatego społeczeństwo nie chce przyjmować nie-chrześcijan. Nie wiem, czym się ta katolickość objawia – coraz większą ilością konkubinatów, coraz większą ilością dzieci niechodzących na religię, coraz mniejszą frekwencją na Mszach, coraz większą ignorancją religijną ochrzczonych czy brakiem Jezusa w życiu rodzinnym? Tu pewnie też zbyt wielu rzeczy nie rozumiem.

W tych wszystkich krzykach, rzucanych też niestety przez księży, jest dużo strachu, paniki, egoizmu i zachłanności – bo ktoś nam coś zabierze, bo ktoś dostanie coś za darmo. A cóż mam ja, czego bym nie otrzymał? Tak pytał już św. Paweł blisko 2000 lat temu (1Kor 4,7). Dużo w tych krzykach jest wszystkiego – ale niemal w ogóle nie ma modlitwy. I nie ma Jezusa. A przecież ode mnie nic nie zależy – tylko od Niego. I Wszyscy Święci są dowodem na tę prostą prawdę – że Pan Bóg sobie poradzi, że gdy Mu się zaufa prawdziwie, to On wszystko ułoży, da łaskę i odwagę. A może jednak Opatrzność Boża nie kieruje wszystkim, może jednak trzeba samemu wszystko po swojemu?

I czuję się codziennie bardziej obcy – pośród moich braci chrześcijan. Obcy, bo nie rozumiem już jak dorastać do Ewangelii. Obcy, bo wszyscy krzyczą, a ja nie słyszę szeptów Jezusowego Serca – szeptów Ewangelii, szeptów prawdziwej miłości. Obcy – bo po publikacji tego posta pewnie zrzuci się na mnie fala różnych głosów, które wcale Jezusowego Serca słuchać mi nie pomogą. Ale choć wciąż nie rozumiem, to trwam w modlitwie – za uchodźców i za tych, którzy krzyczą.

Wraca do mnie to Łukaszowe Słowo. Drąży serce i nie daje spokoju. „Jezus powiedział do swoich uczniów: Lecz powiadam wam, którzy słuchacie: Miłujcie waszych nieprzyjaciół; dobrze czyńcie tym, którzy was nienawidzą; błogosławcie tym, którzy was przeklinają, i módlcie się za tych, którzy was oczerniają. Jeśli cię kto uderzy w [jeden] policzek, nadstaw mu i drugi. Jeśli bierze ci płaszcz, nie broń mu i szaty. Daj każdemu, kto cię prosi, a nie dopominaj się zwrotu od tego, który bierze twoje. Jak chcecie, żeby ludzie wam czynili, podobnie wy im czyńcie! Jeśli bowiem miłujecie tych tylko, którzy was miłują, jakaż za to dla was wdzięczność? Przecież i grzesznicy miłość okazują tym, którzy ich miłują. I jeśli dobrze czynicie tym tylko, którzy wam dobrze czynią, jaka za to dla was wdzięczność? I grzesznicy to samo czynią. Jeśli pożyczek udzielacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, jakaż za to dla was wdzięczność? I grzesznicy grzesznikom pożyczają, żeby tyleż samo otrzymać. Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka, i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych. Bądźcie miłosierni, jak Ojciec wasz jest miłosierny. Nie sądźcie, a nie będziecie sądzeni; nie potępiajcie, a nie będziecie potępieni; odpuszczajcie, a będzie wam odpuszczone. Dawajcie, a będzie wam dane; miarę dobrą, natłoczoną, utrzęsioną i opływającą wsypią w zanadrza wasze. Odmierzą wam bowiem taką miarą, jaką wy mierzycie” (Łk 6,27-38).

I choć nie rozumiem – to chcę Jemu ufać. Tego uczy mnie wciąż moja siostra św. Teresa z Lisieux. Rzucić się w ogień Jego Miłości z tą pewnością, że sam nic, a z Nim wszystko. Proszę Cię Panie, pomóż mi dorastać do Twojej Ewangelii. Pomóż mi nie zapomnieć, że jestem tylko gościem na tej ziemi. Pomóż mi czytać znaki czasu. Todo se pasa – Solo Dios basta. Szeptu mi trzeba, nie krzyku.

TAGS

PODOBNE

komentarzy 5

  1. Przesyłam melodię szeptaną… https://youtu.be/nJ4j0Xc4e1Q

  2. Jeśli chodzi o tych uchodźców też sama nie wiem co o tym myśleć. Bardzo fajny tekst znalazłam na blogu siostry Ewy: „Mimo wszelkich moich słabości i lęku, chciałabym traktować moje chrześcijaństwo poważnie. Wolę zginąć, podając kubek wody terroryście niż stać się sędzią przewrotnym. I oby Pan Bóg dał mi tego doświadczyć.” Myślę, że tak trzeba podejść do sprawy 😉

  3. Cudowny tekst.Często rozglądam się w koło i zastanawiam, czy ktoś dziś bierze słowa Ewangelii na serio.Patrzę na księży, na siostry zakonne i na nas szarych ludzi, którzy chodzą do kościoła.Surfuję po internecie, by posłuchać dobrej homilii, by zobaczyć, czy ktoś próbuje choć trochę żyć Ewangelią. Jest nas tak mało, tych szaleńców Bożych, którzy ostatniego dają potrzebujacemu, i nie martwią się ,że jutro nie mają nic w kieszeni, bo jakoś to będzie, Bóg mi pomoże, bo obiecał, że. ” jeśli zaufanie Mi ,to niczego wam nie braknie”.0Próbuje ufać, staram się, czasem brakuje mi wiary, ale idę dalej, ufam Ci Jezu, wybacz moją małość.Gdy ktoś mnie rani, obgaduje, oczernia to wybaczam ,bo wierzę, że moje wybaczenie dotrze do tej osoby wcześniej czy później, tak jak wybaczenie św.Szczepana dotarło do Szawła, który potem stał się największymapostołem pogan, ten który patrzył na śmierć św, Szczepana i pilnował szat jego katów.Św.Pawle mógł się za nami, którzy tak jak ty, dla Chrystusa chcemy poświęcić nasze życie. Gdy trzeba coś zrobić dla innych, poświęcić czas, zaangażować się bez patrzenia na korzyści, gdy nic się z tego nie będzie miało ,tak nas mało, tych bezinteresownych, ciągle liczy się jakiś interes, jakąś ukryta intencja, nie potrafimy być przezroczysci, ciągle sobą zasłaniamy Boga, pycha królukę zawsze i wszędzie.Gdy nie wiem , jak postąpić, robię tak jak zrobiłby Jezus, i uchodzę za zbyt poważną? Gdy we wszystko co,robię wkladam moje serce, to mnie biorą za naiwną…Miłujcie waszych nieprzyjaciół, przebaczajcie ,niezłorzeczcie,nie przeklinajcie …Dobrze ,że są inni, którzy chcą żyć Ewangelią, którzy chcą słuchać natchnień Boga i pozwalają się Mu prowadzić, że są tacy, co sercem odmawiają różaniec, którzy razem z Tobą pomodlą się za chorą koleżankę, że nie wstydzą się Jezusa… nie wstydzą się. kraju pochodzenia i religii, bo wiedzą,że razem łatwiej wierzyć, gdy mamy świadomość, że są inni „szaleńcy Boży” ,którzy na serio. traktują swoją wiarę, kochają Boga, Kościół ojczyznę. Malgośka

  4. Sam sobie Ksiadz odpowiedzial na pytanie- ta Polska jest wlasnie katolicka a nie chrzescijanska. Chrzescijanin ma problem ze zrozumieniem polskiego katolika. 🙁

Skomentuj