gimnastyka poranna: znajdź dom

Rok temu wróciłem z jednych z najważniejszych rekolekcji w moim życiu – tydzień w Bradford u franciszkanów odnowy. Wysłał mnie tam sam Pan Bóg, bo w codziennym biegu wszystko było rwane: i modlitwa, i relacje, i wypełnianie obowiązków. Nabrałem oddechu, wróciłem i spotkałem dzisiejszą Ewangelię. Po roku uderza mnie wciąż z taką samą mocą.

„Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały rzeki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony” (Mt 7,24-25) – przypomina dziś Pan Jezus. Tamte rekolekcje w Bradford pomogły mi zobaczyć, że a i owszem – wichry, burze i potoki uderzały we mnie ze sporą intensywnością i częstotliwością, ale przecież nie runąłem. Takim momentom przyglądam się coraz czujniej w ostatnich miesiącach. I kiedy się zaczynam chwiać, to weryfikuję, czy mój dom jest wciąż przy Jezusie – w Jego Sercu. I nie, nie chodzi tu o jakieś psychologiczne sztuczki, czy o jakąś autosugestię. Po prostu przekonałem się już niejednokrotnie, że Jezus bardzo konsekwentnie stawia przy mnie – szczególnie pośród burz – dobrych ludzi, dobre dźwięki, jakieś małe cuda (choćby cudnie pastelowy jesienny poranek). Dodaje otuchy, bym nie tracił nadziei, nie ustał w drodze.

W adwencie staram się szukać trochę mocniej tych oddechów modlitwy, zatrzymania – wychodzi różnie, nie ukrywam. Ale to przekonanie, że On jest moim fundamentem pomaga zasnąć, pomaga widzieć świat inaczej, pomaga się mniej bać. I jakiekolwiek jeszcze drogi będą mnie przez życie prowadzić, to wiem, że sens mają tylko te, które wiodą do Jezusa, przez Jezusa i z Jezusem. I te drogi stają się domem z wielkim oknem na świat.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *