zaległości

Która to już jesień rozpoczyna się stertą papierów na biurku – tych bieżących i tych zupełnie zaległych! Czerwienieją liście i czerwienieją mi poliki – z zawstydzenia, bo zmieniają się życia moich bliskich, a ja wciąż mam rozgrzebane mejle z czasów zamierzchłych. Co z nimi zrobić? Jak się nie dać znów sparaliżować tym wszystkim sprawom, zapytaniom, oczekiwaniom? Jak się wziąć za bary z samym sobą?

Nie, nie jest to wpis, który miałby ambicję odpowiedzieć na któreś z tych pytań! To wpis, który jest przyznaniem się – najpierw przed samym sobą – że mam sporo zaległości. W odpisywaniu, w pisaniu, w oglądaniu klasyki kina i w spotkaniach z ludźmi. Ilość wpisów-szkiców urosła już też do dość pokaźnej liczby. Kilkadziesiąt miesięcy temu już próbowałem się na blogu mierzyć z problemem nie-pisania (wpis o drogach długich i powrotach), ale widać do owego mierzenia trzeba wrócić.

Ostatnie miesiące przyniosły sporo gorących tematów – w Kościele w Polsce, także na świecie. Wobec fal rozmaitych komentarzy, zastanawiałem się, czy i ja powinienem zajmować stanowisko, zabierać głos. I zawsze docierałem do tego samego punktu – są w polskiej kato-publicystyce tacy, pod których słowami mogę się spokojnie podpisać (Wilczyński, Kleczka, Lewandowski, Żyłka – z grubsza środowisko deonowe), którzy lepiej niż ja umieją ubrać pewne sprawy w słowa, precyzyjniej i przenikliwiej wpatrują się w złożone puzzle codzienności. A skoro już ktoś mój głos wyraża, to ja chcę zająć się najprościej mówieniem o Jezusie, tak zwyczajnie, po-małemu. I staram się to robić na codziennych Mszach św., w spowiedziach, rozmowach z ludźmi – nawet jeśli to czasem bardzo trudne. Ale wtedy – pośród ścian i trudności – przypominają mi się zawsze słowa ks. Jana Twardowskiego: „nie przyszedłem pana nawracać (…) po prostu siądę przy panu / i zwierzę swój sekret / że ja, ksiądz / wierzę Panu Bogu jak dziecko”.

Widzę, że nie pisałem długo – bo nagle tak wiele spraw się ciśnie na klawisze i być może żaden z potencjalnych czytelników nie będzie tym wszystkim zainteresowany. I nie ukrywam, to też był jeden z powodów kryzysu blogowego – jestem człowiekiem, który ceni sobie feedback i czasem, gdy go brak, to (w splocie ze zmęczeniem i innymi zniechęceniami) nagle motywacji brak. Nie, nie usprawiedliwiam się – raczej samemu próbuję nazwać pewne sprawy, bo wtedy łatwiej będzie może się z nimi zmierzyć. Zresztą od tego zaczyna się zawsze nawrócenie – od dostrzeżenia, że mam zaległości, od przyznania się do tego. I zawołania o Bożą pomoc.

Za moment 1 października – dzień Małej Teresy. To Święta, która mnie ratuje niemal nieustannie, ustawia i pomaga wrócić na dobre tory. Od kilku dni Teresa mocno mi o sobie przypomina i ten wpis jakoś jej zawdzięczam. Bo rozprawianie się z zaległościami zaczyna się od małych decyzji, małych rzeczy, małych kroków. Mała droga miłości w praktyce. Czy się uda – kolejny raz – wrócić do blogowego pisania? Małe kroki, to najpierw. Próbowanie siebie, wystawianie serca na widok publiczny – nie po to, by błyszczeć, ale by opowiadać, jakie cuda Pan Jezus tam robi. Nawet samemu sobie opowiadać.

Jak to miałoby wyglądać? Na pewno chcę spróbować dokończyć kilka szkico-wpisów. Do opublikowania są podsumowania roku 2017, 2018, a nawet finał 2016. Czy warto? Myślę, że warto, bo dobrą muzyką zawsze warto się dzielić. Ale chcę też spróbować pisać więcej na bieżąco – w ramach stawiania małych kroków na małej drodze. Za dużo we mnie kalkulowania, za wysokie poprzeczki – więc niech mała droga będzie receptą.

Dziś dzień św. Wawrzyńca Ruiza – niech stanie się więc Wawrzyniec Świętym Tygodnia (tak, był kiedyś przez chwilę taki cykl!). To pierwszy święty Filipińczyk, zginął w Japonii. Mąż, ojciec, świadek Ewangelii. Podczas tortur, którym był poddawany, miał moment zwątpienia, ale jednak wytrwał przy Jezusie. Przed śmiercią miał powiedzieć: „Gotów jestem oddać życie dla Niego tysiąc razy”. Bardzo mocno mi to słowo siedzi dziś w sercu i jest wyrzutem sumienia, bo widzę, ile razy ja nie jestem w stanie – mimo tego, że jestem księdzem – oddawać dla Jezusa życia. I znów – to przestrzeń do wykazania się najpierw w małych rzeczach. Te małe postanowienia wkładam dziś w ręce św. Wawrzyńca Ruiza.

Dzień Małej Teresy to pierwsza data graniczna, drugą jest początek Adwentu, czyli zwyczajowe rozpoczęcie cyklu „gimnastyka poranna”. Jeśli uda mi się do tego czasu rozprawić z choć jedną zaległością i dorzucić choć jeden bieżący wpis, to będzie mały sukces. Oby AMDG.

Kilka dni temu usłyszałem – zupełnie niespodziewane – pytanie (które stało się w sumie bezpośrednim impulsem do pisania): „A co z księdza.pl?”. Oto co. Z zaległościami, czyli trochę w normie. I z muzyką, bo ten nowy Blunt tak bardzo pasuje (zresztą, zwróćcie uwagę na teledysk, który jest nawiązaniem do wideoklipu do „You’re beautiful”!). I z Panem Jezusem za rękę, bo jak inaczej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *