ostatkowe przyjęcie!

Na Prowincji nie ma imprez ostatkowych, zresztą myślę, że nie tylko tu. „Księdza, jak to na tańce – we wtorek?” pytali mnie dziś uczniowie. Ale ostatki ostatkami, dlatego zapraszam na parkiet!

Nie będzie to co prawda zbiór najbardziej tanecznych kawałków wszech czasów, ale przegląd moich ulubionych piosenek o-tańczeniu/z-tańcem-w-tytule. Gdy układałem wyjściową playlistę, okazało się, że potencjalnych numerów na dzisiejszy wpis jest naprawdę dużo, a gdyby jeszcze dorzucić piosenki z jakimś konkretnym tańcem w tytule – szaleństwo! Swoją drogą, tango doczeka się na pewno specjalnego wpisu – mnóstwo tang napisano i zaśpiewano.

Wybrałem więc 17 piosenek, które jakoś same zaczęły się układać – trochę w reportaż z przyjęcia, trochę jako soundtrack do owego. Udało mi się je znaleźć na YouTube i skleić w playlistę (sprawność jutubo-plejlisto-układacza zaliczona!), większość pochodzi z oficjalnych kanałów. Dlatego playlistę wrzucam u początku, by umilała czytanie dalszej części. Słuchałem dziś cały dzień tych piosenek i nogi rwały się do tańca (co pewnie zabawnie wyglądało w szkole i na wieczornych zakupach). Mam nadzieję, że i Was te dźwięki porwą! Dajcie się zaprosić na parkiet!

Zaczynamy ze Stingiem, choć nie z When we dance, ale z odrobinę łobuzerską historią Stolen car (Take me dancing) w wersji radiowej. Piosenka była singlem z albumu Sacred love i opowiada o złodzieju samochodów (zwrotki), który wsłuchuje się w tęsknoty pasażerki ukradzionego samochodu (refreny) – tak przynajmniej mniej więcej sam Sting o tej piosence opowiadał. Zaśpiew „take me dancing” idealnie pasuje na rozpoczęcie ostatkowego szaleństwa. I choć nie jest to żaden ze Stingowych hitów, jako „rozgrzewacz” sprawdza się przyzwoicie.

Jeśli jednak jeszcze potrzebujecie zaproszenia na parkiet, to coś w zgoła innym klimacie. Anita Lipnicka z gościnnym udziałem w projekcie wokalnym jej brata prosi Zatańczmy jeszcze ten raz. Panowie z Voice Band są dość urokliwymi towarzyszami dla Anity, choć nie ukrywam, że to dla niej po tę piosenkę sięgnąłem. To był pierwszy od lat numer zaśpiewany przez Anitę po polsku – w przepięknym retro-klimacie. Aranż zasługuje na pochwałę – spójnie i stylowo.

To czas już chyba na pierwszy taniec. Nieśmiało, bo nie każdy tańczyć umie – ale Vanessa Hudgens nauczy. Bo Zaca Efrona nauczyła tak, że wirował tego walca po dachu aż miło. Can I have this dance? z trzeciej części High School Musical. To nie żart, do całej serii mam ogromną słabość (i pewnie doczeka się to wpisu), choć te piosenki są bardzo banalne, bardzo plastikowe, za bardzo „zrobione”. Ale ładne są, oj ładne – a takie numery jakoś w serce uderzają mi mocno, nic nie poradzę.

Skoro pierwszy nieśmiały taniec zaliczony, to czas na prawdziwą zabawę. Bo się nie boimy, bo chcemy po prostu poskakać i tańczyć mimo godzin i lat. Do tego zachęca happysad z singlowym Tańczmy – i w świetnym stylu zachęca. Jeśli przy poprzednich piosenkach byliście niewzruszeni (a nie chce mi się wierzyć), to przy tym naprawdę już przynajmniej nóżka musi się ruszać. Tła instrumentalne trochę szalone, trochę niepokojące – słychać, że Marcin Bors maczał tu palce. Singiel z Jakby nie było jutra zbierał różne recenzje u fanów – ale ja się tym nie przejmuję, tylko na wołanie wokalisty odpowiadam śmiało!

I słusznie, bo kolejna piosenka to już tańce na całego. Katie Melua – co prawda nie z When you taught me how to dance ani w ogóle z żadną piosenką z tańcem w tytule, więc można powiedzieć, że trochę oszukuję. Ale gdy tylko tej piosenki się posłucha, to zrozumie się mój wybór. Two bare feet to chyba jeden z najlepszych singli Katie – dorzuciła go jako bonus na the best ofie i miałem nadzieję, że nagra cały album w takim stylu. Czekam wciąż. A póki co – dwie bose stopy, podkręcone głośniki i szaleństwo na parkiecie.

Żeby jednak nie było aż tak szczęśliwie (a jednocześnie żeby było nadal stylowo) – Ania z dość smutną (jakby nie patrzeć) deklaracją Nigdy więcej nie tańcz ze mną. Utwór w wersji studyjnej promował album W spodniach czy w sukience, wersja live pochodzi z radiowej Czwórki. Da się tańczyć? Pewnie, że się da! Perkusja na początku drugiej zwrotki zawsze mnie rozkłada na łopatki. Anię uwielbiam, na nową płytę czekam mocno. Nawet dyskotekową. Tymczasem się bujam trochę, trochę potańcowuję i z zaskoczeniem stwierdzam, jak niesamowicie tytułowa deklaracja pasuje do księdza.

Skoro nigdy więcej, to cóż – Wielka dama tańczy sama. Klasyk Anny Jantar, który choć smutnawy, to do tańca porywa. Bardzo lubię wersję Kasi Nosowskiej, jednak oryginał raczy nas kolorowymi chórkami i okołosyntezatorowymi wstawkami – a to jednak bezcenne. Zgubiony czerwony szal wielkiej damy jeszcze się znajdzie, obiecuję.

Z tej wielkiej damy może być nawet Dancing Queen – ale tylko w wersji z musicalu Mamma Mia! Bo kocham, całym sercem i na zabój, kocham Meryl Streep. Wiem, że wersja z napisów końcowych jest skrócona, ale jak one są tam ubrane! To obok The winner takes it all mój ulubiony numer ABBY, jeszcze z lat bardzo dziecięcych. Nie wiem, może to wspomnienia i sentymenty, ale to jest tak radosna piosenka! Słucham, tańczę i czuję się znów „only seventeen”, dobrze mi z tym.

Się jakoś „żeńsko” zrobiło, wiec czas na parkiet i scenę wpuścić panów. Michael Buble, który przeuroczo prosi Save the last dance for me – to był singiel z jego drugiego albumu, popularność dopiero rosła, świeżości w coverach jakby było więcej. Michael jest perfekcyjny – bardzo sprawnie przypomina klasyki, robi to na tyle wiarygodnie, że wszystkie te wyznania są naprawdę „jego”. Poza tym ta jego niesamowita swoboda w prowadzeniu głosu! Ostatni taniec mamy zaklepany, więc można szaleć dalej…

I szaleństwo prawdziwie na nas czeka. Jeden z moich ukochanych tanecznych utworów. Znów bez tańca w tytule, ale prosto ze ścieżki do filmu Dirty Dancing: Havana nights, więc ów brak jest jakby uzupełniony. Yerba Buena i Guajira (I love U 2 much) do tańca muszą porwać. To jeden z (dość licznych) przypadków, gdy film może zostać naprawdę w niepamięci, bo muzyka jest taka, że hej! Latynoskie rytmy, biodra w ruchu, niemal czuć lato. Taneczne szaleństwo w najlepszym stylu!

Ale kondycja już nie ta, więc czas na „wolnego”. She’s like the wind z pierwszej części Dirty Dancing (uzasadnienie z akapitu wyżej). Kultowość filmu nie przeszkadza piosence istnieć jakby obok – zresztą w fantastyczny sposób przywołuje ją (500) days of Summer. Pierwsze dźwięki są tak charakterystyczne, a cały numer jest – podobnie jak bohaterka – trochę jak wiatr. Na parkiecie może i porwać, i orzeźwić, i przynieść podmuch nowych emocji. Nie tylko jak „wolne” z podstawówki.

Kiedy już mija pewna godzina i na parkiecie robi się luźniej, to czasem czuję się jak w tanecznej piosence Maryli – Wariatka tańczy. Osiecka napisała dość dużo piosenek o tańcach, balach, zabawach, ale Wariatka z muzyką Seweryna Krajewskiego (i najlepiej właśnie w wykonaniu Maryli Rodowicz) ma ten klimat zmęczonego już parkietu, sali półciemnej, powietrza przepełnionego coraz mniej zrozumiałymi zaśpiewami i zapachem wódki. Wraca czerwony szal wielkiej damy – jako czerwona sukienka i czerwona udręka. Wiem, wiem – smutno się zrobiło. Ale tak ładnie smutno – i nie na długo.

Nie na długo, bo na parkiet wkraczają Excenrycy prosto z cyklu Dancing Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Jerzy Satanowski z Krystyną Jandą stworzyli wyjątkowy muzyczny spektakl na podstawie tych tekstów. Jest i tanecznie, ale jest też dramaturgia – chyba z takiego efektu Pawlikowska-Jasnorzewska byłaby zadowolona. Kilka lat temu wydano nowe nagranie tych piosenek, warto do niego sięgnąć.

Z Jandą ledwie kilka taktów, bo tańczyć chce się po miłości kres – jak tłumaczył to Maciej Zembaty. Dance me to the end of love to i klasyk Cohena, i jeden z najbardziej znanych numerów z tańcem w tytule. Zestawienie z Pawlikowską jakoś ładnie się udało, bo tu też jest i tanecznie, i dramatycznie. Cohen (zresztą i Pawlikowska też) to piękne wspomnienie domu rodzinnego, dlatego chętnie się pobujam do Dance me to the end of love, mimo iż nie jest to mój ulubiony numer Kanadyjczyka. Utwór doczekał się licznych coverów, także po polsku. Ostatnio nagrał go z nowym tłumaczeniem Michał Łanuszka – i choć szału nie ma, to wstydu też nie. Swoją drogą, piosenka dobrze inspiruje by tańczyć życie – codziennie.

Pod koniec zabawy zawsze musi zabrzmieć coś żywszego – żeby goście zapamiętali całe przedsięwzięcie jako udane. A jeśli jeszcze schyłek imprezy przyniesie jakieś niezapomniane wrażenia, np. Blood on the dance floor? Na piosenkach Michaela Jacksona można by spokojnie niejedne ostatki ułożyć – wybrałem jednak utwór z tańcem w tle, z 1997 roku. Jest tu niemal wszystko co w Michaela numerach być powinno – melodyjność, dobra produkcja, świetny wokal. I rytm porywający do tańca. Michaelowi zresztą należy się „przekrojówka” na blogu – może kiedyś?

A teraz już jakby ranek (albo przed-północ, co by przed Popielcem zdążyć) – i zaklepany przez Buble’a ostatni taniec. Ostatni Edyty Bartosiewicz – z tańcem nie w tytule, ale refrenie. Tak kończył się album Szok’n’show, tak czasem kończą się koncerty Edyty. Tak kończyła się pewnie niejedna relacja – albo tylko parkietowa, albo i dłuższa. Ale piosenka jest tak piękna, że nie sposób jej do zestawienia nie wrzucić. Proste, szczere emocje i dźwięki – Edyty znak rozpoznawczy. „Czy słyszysz jak tam, daleko, muzyka gra?” – pytanie zasadne, bo w zestawieniu to jednak jeszcze nie koniec.

Ólafur Arnalds, fantastyczny islandzki kompozytor i pianista, wydał kilka lat temu cyforwą epkę Two songs for dance. To najlepiej wydane dwa funty w moim życiu. For Teda zaczarowała mnie od pierwszego przesłuchania. To piosenka do takiego tańczenia życia – może już wtańczyć nas w Wielki Post. Ólafur ma fenomenalną zdolność opowiadania emocji bez słów, nieraz w jego utworach znajdowałem pewne ukojenie – gdy żadne słowa nie były wystarczająco trafne. I tak pustoszeje parkiet ostatkowy, ale mam nadzieję, że na twarzach macie uśmiech. Ja mam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *