stacja zero. dworzec

Dwa łyki chłodnej kawy i zapach wiosny. Dużo radości – może za dużo jak na taki dzień? Ale jak się nie cieszyć, skoro tak lubi się tu wracać.

Od kilku lat, jeszcze od czasów studenckich, jakoś niezwykłe są dla mnie Środy Popielcowe. Proste, pełne małych cudów, często są już jakby programem na cały Wielki Post – tak jakby Pan Bóg, znając moje zamiłowanie do zwiastunów kinowych, ten dzień układał mi w zwiastun całego czterdziestodniowego maratonu. Dlatego, gdy obudziłem się rano, nie umiałem się nie cieszyć. Zresztą dziś św. Paweł mocno zapewniał, że to dziś jest dzień zbawienia! I jasne, że Wielki Post to czas nawrócenia – a to łatwe nigdy nie jest. Joel wołał: „Rozdzierajcie serca, a nie szaty”. A szatę przecież rozerwać dużo prościej niż serce – nawet ja, chuchro, nie miałbym większego problemu z rozdarciem koszulki czy bluzy. Ale rozdzierać serce? Wszak to ani łatwe, ani przyjemne. Pamiętam jednak, że w niektóre środopopielcowe wieczory czułem, że to serce już rozdarte było. Na start Wielkiego Postu. I czuję, że to ma sens – bo przecież potrzeba serca nowego, które Pan Bóg mi da. Napisałem pod koniec czasu warszawskiej emigracji wiersz o rozdzieraniu serca – i o tym, że łatwiej byłoby wymienić całe od razu, a nie tak dzielić na kawałki. Niemniej, choć to wszystko niełatwe, a cała sprawa nawrócenia wymaga wysiłku, odwagi i samodyscypliny (o którą mi trudno), to ten pierwszy wielkopostny przystanek, ta „stacja zero”, przynosi mi dużo nadziei.

Bo w tym wszystkim przecież chodzi o Pana Boga – kiedy się wchodzi w Wielki Post, z całym pakietem atrakcji dróg krzyżowych, jałmużn, gorzkich żali, postów i modlitw – sercem się wchodzi, a nie tylko formalnie – to coraz wyraźniej to widać. Robię krok do tyłu – i jest więcej miejsca dla Niego. A to zaczyna dopiero nadawać sens wszystkim innym sprawom.

Dobrze jest na początku Wielkiego Postu pospacerować trochę po peronie tej stacji zero – Środy Popielcowej. Popatrzeć na swoje odbicie w szybach, poczytać nabazgrane niedbale na ścianach napisy. I zastanowić się jaki kawałek mnie potrzebuje najbardziej nawrócenia. Dorzucić jakieś postanowienie – niezbyt wielkie, ale takie, żebym dał radę. I takie, żeby „wpuściło” więcej Pana Boga w moje życie. A potem wsiąść w pociąg „Wielki Post” i dać się prowadzić.

To był dobry dzień – usta same się układały w uśmiech, bo faktycznie wiele dał mi Pan powodów do radości. I dał mi trochę wiary, że jest szansa na moje nawrócenie. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie ilość ludzi w kościele – takich tłumów dawno nie widziałem. Ładnie więc, że na tej drodze nawrócenia jest nas trochę. W pociągu miejsca starczy.

Zostawiam pośród tych odrobinę nieuporządkowanych myśli (mam cały Wielki Post na poprawę) przeuroczą piosenkę, którą Norah Jones nagrała na swoją trzecią płytę. Not too late to prosty finał całego albumu; opowiada o tym, że na miłość to za późno jeszcze nie jest. I o tym, że trudno się zmieniać. I że w sercu jest mnóstwo nie-krwi, a w kubku mnóstwo nie-miłości. Dlatego Norah śpiewa subtelnie, że na tę miłość to naprawdę nie jest za późno. Wielkopostny start, jak nic. Zostawiam Wam ten numer w wersji live, choć na koncercie panny Jones jeszcze nie byłem. Bardzo ładna to piosenka – w sam raz na taki ładny dzień. Na start. Na nowy czas.

Pociąg odjeżdża. Stacja zero rozpływa się we mgle i nocy, oddala się i po chwili wtapia się w pejzaż. Serce naderwane, nawrócenie na horyzoncie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *