stały fryzjer – i o urokach jakie z tej sytuacji wynikają

Raz na jakiś czas udaje mi się wpaść do rodzinnego miasta. Z tej okazji dzieje się zwykle cała masa drobiazgów, które z każdym powrotem smakują jeszcze lepiej. Niektóre z nich docenia się jednak naprawdę mocno dopiero z wiekiem.

Do końca liceum mieszkałem w domu. Dopiero pierwszy rok studiów przyniósł mi wielkie podróże do Warszawy, na emigrację. Później, po rocznym studiowaniu, wróciłem na Pomorze Zachodnie, by spróbować seminarium. W pierwszych latach poza domem – zarówno studenckich, jak i seminaryjnych – każdy powrót do domu pomagał mi odkryć na nowo różne przestrzenie życia, których albo mi brakowało, albo nie brakowało już w ogóle. Piękne były i są do dziś spotkania z Rodzicami, rodziną w ogóle, także  z przyjaciółmi – i naprawdę te chwile najlepiej smakują w domu rodzinnym. Cieszyły z każdym przyjazdem coraz mocniej spacery po „moim” mieście, cieszyła błoga beztroska – nawet jeśli chwilowa. Z postępem lat seminaryjnych zauważyłem coś jeszcze – a wizyta w domu sprzed kilku dni w tym zauważeniu mnie utwierdziła. Jak dobrze jest mieć własnego fryzjera!

Nie jestem jakoś bardzo próżny – nawet jak na księżowskie standardy. Ale jednak trochę jestem. Co prawda do szalonego nieładu moich włosów nie przywiązywałem zbytniej wagi jako gimnazjalista czy licealista, ale zaczęło się to dość szybko zmieniać, gdy zostałem klerykiem. Gdy się reprezentuje sobą Kościół – to wypada jednak jakoś wyglądać. I wtedy zacząłem strasznie mocno odczuwać brak „mojego” fryzjera. Pan M. stał się moim fryzjerem (czy może raczej ja jego stałym klientem) jeszcze w gimnazjum. Chodziło do niego całe miasto, zresztą do dziś to najpopularniejszy fryzjer w okolicy. Nie ma się co dziwić – to nie tylko mistrz w swoim fachu, ale też i artysta (fryzjerski), i pasjonat (w wielu dziedzinach). Dzięki temu można liczyć zawsze na rozmowę na wysokim poziomie i oczywiście na „dobre cięcie”. Poza tym ze stałym fryzjerem, to trochę jak ze stałym spowiednikiem – zna cię i wie, co i jak. Zacząłem jednak to doceniać właśnie dopiero za seminaryjnym półmetkiem, kiedy liczne próby tłumaczenia różnym fryzjerom szczecińskim i nie tylko, jak chciałbym być obcięty, spełzały na niczym. Więc podczas każdego powrotu wracałem do zakładu pana M. i choć na kilka tygodni przynajmniej jeden problem miałem nomen omen z głowy.

Księżowski rytm jest jednak trochę (przynajmniej w moim wypadku) intensywniejszy, niż seminaryjny, stąd powroty do domu rzadsze. Dlatego chcąc, nie chcąc, zacząłem szukać dobrego fryzjera w okolicy. Podpytałem lektorów, podpytałem uczniów – poszedłem tu i tam. Ale znów, oczekiwania i konfrontacja z wynikiem nie zawsze były zadowalające. Dlatego, gdy wiedziałem, że będę w domu chwilę dłużej – złapałem za telefon i z nadzieją wybrałem numer do zakładu pana M.

I teraz tytułowe uroki, które od kilku dni niezmiennie mnie cieszą:

1. Stały fryzjer znajdzie dla ciebie miejsce nawet w piątkowe samo południe.

2. Stały fryzjer zna twoją głowę, typ włosa, owal twarzy i… charakter – więc nie wciśnie ci fryzury, która a) zniszczy cię pijarowo; b) nie będzie kompatybilna z twoim stylem życia i stylem bycia.

3. Stały fryzjer (a przynajmniej mój stały fryzjer) nie strzyże cię efektem „wpadłeś-pod-kosiarkę”.

4. Stały fryzjer to mnóstwo tematów do rozmowy.

Wrażenia z wizyt na fotelu fryzjerskim pana M. są zawsze bezcenne. Dla mnie 20 (a nawet czasem trzy razy tyle!) minut u fryzjera to czas megastracony – ani swojej muzyki nie możesz przynieść, ani nic. Dlatego od jakiegoś czasu na fryzjerskich fotelach odmawiam rożańce i koronki, ale nieraz frustracja jest za duża, więc kończy się na bukiecie aktów strzelistych. A u stałego fryzjera można mieć i dużo frajdy z wizyty, i Panu Bogu za to wciąż dziękować – więc modlitewnego rysu nie tracąc, można ten czas mile spożytkować.

Piątkowa wizyta u pana M. ucieszyła mnie ogromnie i wiedziałem, że wpis z tego musi być – choć póki co jeszcze bez stylizacji i zdjęć. Na wszystko przyjdzie czas. Użyłem (może mało fortunnego) porównania stałego fryzjera do stałego spowiednika – o tym wpis pewnie nas czeka w Wielkim Poście, który już za pasem. Tymczasem – doceniajcie swoich fryzjerów i choćby „zdrowaśkę” za nich dziś ofiarujcie!

2 comments

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *