„są momenty takie” vol. 2 – 2014 w muzyce, top 10

Wszystkie przydługie wstępy zostały w poprzednim wpisie (oczywiście wszystkie obowiązują nadal), dlatego czym prędzej wskakujemy do płytowego podsumowania minionego roku w muzyce rozrywkowej!

10. Grzegorz Turnau – 7 widoków w drodze do Krakowa

Pierwszy od kilku dobrych lat album Turnaua, który bardzo mi się podoba. Piękne aranże, typowe turnauowe melodie, piosenki ułożone niemal jak przewodnik. Przez Fabrykę klamek nie przebrnąłem do dziś, Och, Turnau! Och, teatr! znam bardzo wybiórczo. Jakoś nie umiałem (nie umiem) się w nich odnaleźć, trochę bałem się, że już tak będzie przy kolejnych płytach. Turnau to zdolny artysta, który wypracował sobie dość charakterystyczny styl i dba o to, by mieć dobry zespół. Jednak poprzednie wydawnictwa były dla mnie średnio wiarygodne, momentami jakby przekombinowane. 7 widoków… przemiło mnie zaskoczyło! Znów dobrze można czuć się w tych piosenkach, znów chce się na Turnaua koncerty biec. Cudowna jest snująca się anielskim głosem między dźwiękami Dorota Miśkiewicz, fantastyczna orkiestra piosenek nie przytłacza – a unosi. Od 2006 roku żadna płyta Turnaua nie przyniosła mi tyle radości. Mój faworyt – singiel – to zaśpiewane do tekstu Horacego Do Leukonoe, klimat trochę jak z albumu Nawet. Piękny finał całej płyty, dla nas – piękny początek topu.

9. Mela Koteluk – Migracje

Mela do mojego serca i odtwarzacza wskoczyła dopiero w minione wakacje – ale wskoczyła i została. Zachwycony Spadochronem na Migracje bardzo czekałem. Dałem się porwać singlowym Fastrygom i to jeden z niekwestionowanych hitów minionych wakacji. Później przyszły (przyleciały?) Żurawie orgiami i już wiedziałem, że płyta musi być udana. I rzeczywiście jest – Migracje są dużo odważniejsze niż debiut Meli. Więcej tu różnorodności, więcej bawienia się słowami, więcej barw. Migracje opowiadają nie tylko o podróżach czy przeprowadzkach, ale jeszcze mocniej o tych rozmaitych zmianach na mapach serca. Wokalistka prowadzi nas już od otwierającej album Tragikomedii tą podwójną trasą – słodko-gorzką, smutno-wesołą ścieżką od serca do serca. I robi to z wielkim wdziękiem i pasją. Choć wydaje się, że brakuje piosenkom odrobiny lekkości ze Spadochronu, to ów brak mógłby być uzasadniony – wiele na Melę spadło nagród, spraw, przemeblowań i trochę o tym też na tej płycie opowiada. Udało mi nabyć się edycję dwupłytową, wydaną przepięknie; na drugim krążku w bonusie znaleźć można dwie piosenki powstałe między SpadochronemMigracjami i dwa numery w wersji akustycznej. Takie dodatki zawsze cieszą moje serce i ucho. Zostawiam wspomniany drugi singiel, Żurawie origami – niech lecą w kolejne życia, w kolejne serca.

8. happysad Jakby nie było jutra

Wielkie zaskoczenie, oj wielkie. O tej płycie napisano tak wiele, że w zasadzie nie musiałbym pisać nic. Ale już teraz obiecuję dłuższą recenzję tego albumu, bo ciekawe to może być przeżycie. Jakimś fanem happysadu nie jestem – choć prawda, byłem na dwóch (biletowanych) koncertach, mam trzy płyty, jedno dvd i trzy koszulki. Może dlatego, że dobrze kojarzą mi się te dźwięki albo dlatego, że niektóre te piosenki naprawdę lubię. Koncert sprzed kilkunastu miesięcy spodobał mi się na tyle, że nabyłem album Ciepło/zimno, który rzekomo miał być przełomem w happysadowej twórczości. Nie był, ale po kilkunastu przesłuchaniach spodobał mi się na tyle, że niektóre piosenki znam na pamięć. Dlatego z pewną wakacyjną beztroską radością zamówiłem w pre-orderze Jakby nie było jutra. Pierwsze dwa ujawnione numery – Smutni ludzieCiała detale – zaskoczyły mnie bardzo; zwłaszcza drugi, który na myśl przywodził Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy! Hey’a. Wraz z rosnącą w Internecie dyskusją „co się stało ze starym happysadem” rósł i mój apetyt na nowy album zespołu. Jakby nie było jutra naprawdę może być przełomem w życiu artystycznym grupy (nie tylko dlatego, że to pierwsza płyta bez dotychczasowego logo) – to album dość odważny, z udanymi eksperymentami; jasne, że nie wolny od wad, ale o tym więcej w recenzji. Część fanów zespołu chyba nie do końca tę zmianę (to dorastanie?) rozumie,widoczne to było na listopadowym koncercie, na którym bawiłem się przednio. O tym też w zapowiedzianej recenzji. Album kończy się moim ulubionym numerem z całej płyty, który dał tytuł całemu podsumowaniu. Wiem przecież, że „są momenty takie”, też ich doświadczam.

7. Damien Rice – My favourite faded fantasy

Z Damianem Ricem się kilka razy mijałem, ale gdy wreszcie zapukał do mojego życia z płytą O, to się zaczęło. Szybko stał się jednym z moich ulubionych „zawywaczy”, bo tęsknie śpiewa tęskne piosenki, ale jak trzeba to i zakrzyknie. Po świetnym O i niezłym 9 crimes zamilkł wydawniczo na 8 lat. Bardzo ucieszyła mnie wieść o powrocie, o nowej płycie – a piosenki, które przygotował ucieszyły mnie jeszcze bardziej. Znów jest tęsknie, znów jest pięknie, znów jest bardzo o miłości. Ale i znów nie ma w tym jakiejś pretensjonalności czy patosu. Jest szczerze, prosto, nienachalnie a przekonująco.  Singlowe I don’t want to change you brzmi dokładnie tak, jak powinno. Trochę mi tych jego piosenek brakowało.

6. Coldplay – projekt Ghost stories (płyta studyjna, singiel A sky full of stars i album live)

Trzy wydawnictwa razem, bo są one pewną całością – wydane w maju Ghost stories, utrzymany w podobnej oprawie graficznej album Ghost stories live 2014 i B-side’y singla A sky full of stars składają się na dość spójny projekt, którym Coldplay uraczył fanów w 2014 r. Poprzedni studyjny album grupy, Mylo Xyloto, przekonał mnie dopiero w wersji na żywo z płyty Live 2012; po świetnym X&Y i szalonym Viva la Vida od Death and all His friends oczekiwałem od Coldplay’a więcej. Ghost stories na pewno nie jest najlepszą produkcją grupy, ale czuję tu znów dużo magii, swoistej szczerości w wyrażaniu emocji. Rewelacyjnie zrealizowany album live moje wrażenia umocnił i pogłębił – koncertowe DVD oglądałem kilka razy z rzędu, znów i znów dając się zaprosić w tę ładną podróż przez 9 piosenek opowiadanych przez Chrisa Martina i jego kamratów. Bardzo spójny to projekt – spójny a nienużący. Niesamowite wrażenie robi prawdziwie nocno-klubowe Midnight,  porywa kolorowe, przygotowane we współpracy z Aviciim A sky full of stars (jakby echo dwóch poprzednich płyt). Jednak ja zawsze czekam na kończące oba albumy O – bo to taki Coldplay prosty, „swój”. Smutny, ale tak ładnie.

5. Zaz – Paris

Wystarczy tylko płytę do odtwarzacza włożyć i już wiadomo, że nie da się nudzić. Ledwie rok po wydaniu albumu Recto verso, Zaz przygotowała przepiękny spacer po swoim ukochanym Paryżu. Spacer w jej stylu – dużo wdzięku, dużo koloru, dużo szaleństwa. Jeśli dorzuci się do tego udane duety (o kochaniu Paryża w maju opowiada z Zaz Charles Aznavour), trochę akordeonu i ten niesamowity głos – album gotowy. Zaz kokietuje, bawi się, a jej zespół nie zostaje w tyle i w te kokieterie, w te zabawy włącza się na całego. Ma coś w sobie ta muzyka – bo choć to trzeci album wokalistki utrzymany w podobnej stylistyce, to nie ma się poczucia wtórności, nie ma znudzenia. Wręcz przeciwnie – wciąż jest w muzyce Zaz szczera pasja i dużo frajdy. To może czas przespacerować się po Polach Elizejskich?

4. Arka Noego – Petarda i Luxtorpeda – A morał tej historii mógłby być taki, mimo że cukrowe, to jednak buraki

Tym razem dwie płyty w jednym miejscu za sprawą „odpowiedzialnych” za oba projekty. Bo oba albumy, choć skierowane trochę do różnych grup docelowych, mają na „liście płac” tych samych muzyków. I naprawdę to słychać. W Arce Noego zakochany jestem od dawna, choć przyznaję, po trzecim albumie moja słuchacza gorliwość trochę osłabła. „Petarda” zachwyciła mnie jednak od razu – świetne teksty, rewelacyjne aranże, bardzo dobre piosenki. O całej płycie (i o Arce Noego tak ogólnie) można przeczytać tutaj. Z kolei trzeci album Luxtorpedy zagościł w moim życiu trochę niespodziewanie. Luxów znałem trochę z radia, trochę z podróży samochodowych z jednym z moich kapłańskich braci, który jest fanem Litzy i Hansa. Dla mnie trochę „za ciężkie” było to granie, choć zawsze zachwycały mnie teksty i przekaz tych piosenek. Na początku Wielkiego Postu Luxtorpeda zaprezentowała singiel Mambałaga – i dałem się porwać. Buraki (skróconą nazwą posługuje się sam zespół) pełne są rewelacyjnego brzmienia – gitary i perkusja są z piosenki na piosenkę coraz bardziej niebywałe. Niespodziewane wstawki zmieniające klimat utworu (jak choćby w Całym cyrku) dodają albumowi wielkiego uroku. Tematy, o których śpiewa Hans i krzyczy Litza, są momentami cięższe od samego grania, ale chłopakom udało się uniknąć taniego patosu czy moralizatorstwa. Kawał dobrej muzyki, do tego fantastycznie zapakowany (chyba najciekawiej wydana polska płyta minionego roku). Do posłuchania – dwie ulubione piosenki, po jednej z każdego albumu – by dobrze nastroić się przed podium!

3. Pablopavo i Ludziki – Polor i Pablobavo – Tylko

Dar do niezwykłego opowiadania zwykłych miejskich historii – to chyba najmocniej porwało mnie przy tych dwóch wydawnictwach. Pablopavo (Pawła Sołtysa) poznałem dzięki Tacie, który zwrócił mi uwagę na Dancingową piosenkę miłosną (okazało się później, że już kiedyś słyszałem ten głos, gdy znajomi zapoznawali mnie z Vavamuffin – to jednak nie moje rytmy, więc usłyszane szybko uleciało). Dancingowa dość szybko wskoczyła na listę 25 najczęściej odtwarzanych piosenek w moim iPodzie, więc zainwestowałem w zakup Poloru. 12 piosenek, w których style mieszają się, a bohaterów spotykają coraz to nowe nieszczęścia i smutki. Całość opowiedziana w taki sposób, takim głosem, które sprawiają trochę wrażenie, że Pawła Sołtysa zna się od dawna. I że chce się słuchać tych historii – najlepiej, gdy on je będzie opowiadał. Barwa głosu trochę chuligańska, brudna, ale jednocześnie budząca zaufanie (zresztą o pewnym rozdwojeniu opowiada przedostatni na Polorze utwór Pablo i Pavo). Teksty są trochę jak miejska poezja – przemieszana z głosu gazet, przystanków autobusowych i starych piosenek. Moim niekwestionowanym faworytem jest Wenecja, która opowiada o małych dramatach w „mieście małym jak pinezka” – blisko 8 minut, a znużenia nie doświadczysz! Pod koniec roku Pablopavo wydał trochę niespodziewanie mały prezent dla miłośników jego opowiadań – bardzo prosty instrumentalnie album Tylko, który powstawał jakby na marginesie innych projektów wokalisty przez ostatnie kilka lat. Tu znów – smutne historie, ale opowiedziane bez patosu, bez nadęcia. Przecież życie takie bywa – zdaje się dopowiadać Pablopavo. Do tych płyt będę wracał – także na blogu, żeby podzielić się jeszcze tą muzyką, tymi tekstami. Moja przygoda z Pablopavo zaczęła się z Dancingową – może i wasza się zacznie?

2. Adam Strug i Stanisław Soyka – Strug. Leśmian. Soyka

Niecałe 30 minut muzyki – niezmierzona ilość wrażeń. Moja ukochana Magda Umer na swoim facebooku napisała: „Ponad miesiąc temu przyniósł mi Staszek Soyka płytę, której nasłuchać się nie mogę.Leśmiana znam od pół wieku, Staszka od ćwierć wieku, a pana Adama Struga niestety dopiero od miesiąca.Co to jest za głos od pana Boga!!!„. Ten wpis podpięli do płyty moi przyjaciele, od których dostałem oba albumy Adama Struga. Włączyłem – i wpadłem. Co to za głos, co to za płyta – brak słów, naprawdę. Fortepian, Leśmianowe wiersze, chórki Soyki i chropawa, brudna barwa Struga, jego jakby niedbałe śpiewanie – wszystko to wciąga, zachwyca i bardzo cieszy, choć płyta oczywiście za wesoła nie jest. Dziwię się tą płytą raz po raz, śledzę Strugowe nowości i czekam na więcej. Niezwykły album, naprawdę niezwykły.

1. Artur Rojek – Składam się z ciągłych powtórzeń

Nie mogło chyba być inaczej. Może dlatego, że ja też „składam się z ciągłych powtórzeń”, miewam „krótkie momenty skupienia”, a czasem myślę, że ktoś „mógłby zapamiętać mnie innego”. Może dlatego, że Rojka „kupuję” trochę w ciemno – bo szczery jest niebywale i pisze piękne piosenki. A może dlatego, że to po prostu świetna płyta? Chyba wszystko naraz i jeszcze więcej. Czekałem na ten album bardzo mocno. Smutno było mi, gdy Myslovitz w starym składzie się rozpadło (także dlatego, że liczyłem na drugą część albumu Nieważne jak wysoko jesteśmy… Jaka to świetna płyta!), a jeszcze smutniej mi się zrobiło, gdy spróbowałem przesłuchać debiutancki album „nowego” Myslovitz. Artur Rojek jednak nie zawiódł – choć nie ukrywam, spodziewałem się płyty innej, bardziej gitarowej, może bardziej intymnej muzycznie. Bo tekstowo album jest bardzo intymny, niesamowicie osobisty, pełen emocji. Muzycznie jest bardzo różnorodnie – od partii niemal tanecznych, przez krzyczane aż do leniwo-artystycznych. Dobrze mi się tej płyty słucha, dobrze też mi się nią opowiada o różnych sprawach, fragmenty czasem nawet służą za mała modlitwę – jakoś „czuję” te piosenki, a to dla mnie zawsze bardzo ważne. Bo trochę o to przecież chodzi, żeby muzyka pomagała interpretować rzeczywistość. Na finał dwa moje ulubione numery z Rojkowego albumu – drugi w wersji live, choć wciąż jeszcze na koncert mi się wybrać nie udało. Zdolny ten Artur, oj zdolny.

Tak brzmiał 2014 r. dla mnie. W przygotowaniu mały bonus, jakby wisienka na podsumowawczym torcie. Jeszcze dziś, mam nadzieję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *