gimnastyka poranna: rusz w podróż

Słowo drży w moim sercu i nie daje spokoju. Wszystkie nieposkładania, niedokończenia, opóźnienia i bałagany też drżą, ale chyba trochę z lęku – że może jednak coś się zmieni. Tak, moje serce już wie – zaczął się adwent, a to znaczy, że czas ruszać.

I niedziela adwentu jest rozbudzająca – w króciutkiej Ewangelii trzykrotnie słychać „czuwajcie!”, po to, by przychodzący Pan nie zastał nas śpiących, bo nie wiadomo, czy przyjdzie wieczorem, czy o poranku (por. Mk 13,36-37). W I czytaniu (niesamowitym I czytaniu!) słychać już: „Wychodzisz naprzeciw tych, co radośnie pełnią sprawiedliwość i pamiętają o Twych drogach” (Iz 64,4a), a Ewangelia przypomina jeszcze, że w ogóle „rzecz ma się podobnie jak z człowiekiem, który udał się w podróż.” (Mk 13,34a). Mój Bóg rusza w podróż do mnie – a adwent tak bardzo mocno mi to przypomina. Bóg przychodzić chce do mnie w każdy wieczór i każdy ranek, mimo różnych moich nieposkładań i niedokończeń. Izajasz celnie diagnozuje stan mojego serca u progu adwentu: „nikt nie wzywał Twojego imienia, nikt się nie zbudził, by się chwycić Ciebie” (Iz 64,6a), a ja chcę to zostawić za sobą, więc wołam z refrenem dzisiejszego psalmu: „Odnów nas, Boże, i daj nam zbawienie”! Widzę ten adwent, jako nadzieję, jako szansę. Mój Bóg wyruszył w podróż. Cóż mi zostaje – też chcę w podróż ku Niemu ruszyć. Poprzez codzienność, pośpiechy, chwile łapane między autobusami. Chcę ruszyć w tę podróż, w którą On sam mnie zabiera – do własnego serca, w którym On chce dzień po dniu mnie spotykać. Wszędzie tam, gdzie On do mnie biegnie.

PODOBNE

Skomentuj